Boże Narodzenie jest dla wszystkich. Nie tylko dla dzieci.

with 3 komentarze

Przed Świętami pytałam na fanpagu, jak w Waszych domach wygląda kwestia prezentów. Czy każdy dostaje upominek, czy tylko dzieci. Nikt chyba nie napisał, że pod choinką kładzie tylko paczki dla najmłodszych. Skąd zatem moje pytanie? Z życia wzięte. Co jakiś czas w naszych obu rodzinach pojawia się sugestia zrezygnowania z obdarowywania dorosłych. Nigdy mi się ta propozycja nie podobała, ale dopiero w tym roku zrozumiałam, dlaczego. Boże Narodzenie jest dla wszystkich, ale to nie jest główny powód.

Boże Narodzenie jest dla wszystkich. Nie tylko dla dzieci.

Pierwszy raz usłyszałam o tym pomyśle od mojej babci, kiedy wszystkie jej wnuki ukończyły 18 lat, a prawnucząt jeszcze nie było. Wtedy sobie żartowała, że „przecież nie jesteśmy już dziećmi, więc moglibyśmy sobie darować to całe kupowanie prezentów”. My sami też z resztą czuliśmy, że to nie jest już to samo – Wigilia wyglądała inaczej niż w czasach, gdy każdy z nas dostawał zabawki i przez cały wieczór bawiliśmy się swoimi nowościami. Skończyła się dziecięca radość z wyczekanych upominków, których nie mogliśmy sobie sami kupić.

Wtedy odbierałam babci żarty trochę jako smutne przejście w dorosłość. Moje lekkie rozżalenie (nie jest to adekwatne słowo, ale lepszego nie mogę znaleźć) zrzucałam na pożegnanie dzieciństwa i coś, co muszę przejść. Było mi trochę głupio, że coś się we mnie buntuje na myśl o braku gwiazdkowych prezentów. Myślałam, że faktycznie zachowuję się „jak dziecko”. Traktowałam to trochę jako brak dojrzałości („bo przecież prezenty nie są najważniejsze w Świętach Bożego Narodzenia”).

Babcine sugestie na szczęście nigdy nie doczekały się realizacji :)

Wśród dorosłych robimy losowanie jak kiedyś na klasowych mikołajkach, a dzieci dostają tyle, ile rodzina ma ochotę podarować (czyli całą górę „klamotów”, jak to ujął mój uroczy i przeszczęśliwy bratanek). I to jest dla mnie całkiem rozsądny kompromis. Szczególnie pod kątem finansów. U Piotrka w rodzinie zawsze kupowaliśmy prezenty wszystkim, z którymi się widzieliśmy i z połączenia tych dwóch „systemów” w minione święta zapakowałam ponad 20 paczek (mogliście zobaczyć je na naszym Instagramie).

Kiedy już zaplanowałam i kupiłam wszystkiego tegoroczne upominki, znowu pojawiły się sugestie, że może tylko zrobimy prezenty dzieciom. Znowu mnie coś zabolało gdzieś w środku i zaczęłam się zastanawiać, dlaczego. Jestem już dorosła od dawna, więc to nie jest kwestia rozżalonej dziewczynki, która nie dostanie kolejnej lalki. Nie oczekuję też 5 gwiazdek z nieba, a na mniejsze i większe przyjemności stać mnie bez okazji. Nie traktuję już Świąt ani urodzin jako okazji, dzięki którym mogę dostać coś, na co nie mogę sobie pozwolić na co dzień.

Nie chodzi też o to, że nie chcę robić wypasionych prezentów dzieciom. Ba! Wręcz przeciwnie! Na ich upominki mam ochotę wydać dużo więcej niż na dorosłe prezenty. Zazwyczaj wydaje mi się, że mogliśmy kupić coś więcej, że przecież jest tyle pięknych zabawek, z których dzieciaki by się ucieszyły, a my razem z nimi, widząc ich radość. Wiem, że dla najmłodszych Boże Narodzenie jest szczególnym czasem. Sama pamiętam, że w dzieciństwie inaczej go przeżywałam niż teraz. Rzeczywiście, trochę bardziej „magicznie”, ale taki chyba już urok tego czasu, dorastania i obowiązków, które się z czasem pojawiają.

Dlaczego więc nie podoba mi się pomysł obdarowywania tylko najmłodszych?
Bo Boże Narodzenie jest dla wszystkich!

Cały zeszłoroczny (a raczej jeszcze wcześniejszy) adwent myślałam o tym, że Święta i oczekiwanie na nie bez dzieci jest niepełne. Było mi bardzo smutno, że nie mamy dla kogo robić kalendarza adwentowego, komu pokazywać szopki ani opowiadać o św.Mikołaju – biskupie. Przekonywałam siebie, że przecież Boże Narodzenie nie jest tylko dla dzieci, że możemy robić te wszystkie fajne świąteczne rzeczy we dwoje, dla siebie i razem wprowadzać się w świąteczny nastrój. Bóg urodził się dla nas wszystkich – mój rozum przekonywał moje serce.

W ten miniony adwent weszłam właśnie z takim przekonaniem. Starałam się myśleć o Świętach nie w kontekście dzieci (a raczej ich braku kolejny rok z rzędu), ale Świąt samych w sobie, które dla nas wszystkich mogą być miłym i rodzinnym czasem. W tym roku dość trudnym ze względu na inne problemy, więc tym bardziej chciałam się lepiej do nich przygotować. Czerpałam z tego radość. I chociaż o najmłodszych członkach naszych rodzin myślałam szczególnie ciepło (by im było dobrze, wygodnie, smacznie i żeby cieszyli się ze swoich prezentów) to nie odczuwałam tak bardzo braku naszych dzieci w tym wszystkim. Przekonałam samą siebie, że Boże Narodzenie bez dzieci też ma sens.

Bóg rodzi się dla nas bez względu na to, czy nasze dzieci się już urodziły (albo już poczęły) czy jeszcze nie

Słysząc propozycję, by prezenty kupować tylko maluchom, przypominam sobie mój zeszłoroczny adwent i wracam myślami do stwierdzeń, że to dzieci są w tym czasie najważniejsze. Że bez nich to wszystko nie ma sensu. Że to sprawianie radości najmłodszym jest sednem przeżywania Świat Bożego Narodzenia. A jak ktoś nie ma dzieci, to musi jakieś znaleźć w swoim otoczeniu, bo jeśli nie, to w sumie nie ma po co ubierać choinki ani piec pięknych ciast – bo to wszystko dla dzieci przecież się robi. Rezygnacja z obdarowywania dorosłych jest dla mnie podkreśleniem, że życie bez dzieci nie ma sensu, jest smutne i mniej wartościowe. Jedno z drugiego nie wynika, nie jest to żaden ciąg logiczny, ale jedynie luźne powiązanie. Daleka zależność, która podsyca nieprawdziwe przekonania. Bo ja wiem, że to nie jest tak przecież, wiem.

Wyobraźcie sobie Wigilię – dużą, rodzinną, głośną i wesołą

Z piękną choinką i masą prezentów pod nią. Tylko dla dzieci. Ale to nic, bo przecież jest tak miło. To nie o prezenty chodzi. Dorośli cieszą się swoją obecnością i pysznościami na stole i w brzuchach. Jest naprawdę dobrze wszystkim. Mali ciekawscy zaglądają ukradkiem do torebek. Jedni grymaszą przy jedzeniu, drudzy wciągają pierogi aż im się uszy trzęsą. Ktoś rozlewa barszcz, ktoś inny wyjada rączkami uszka, bo zupy nie lubi. W tle grają kolędy, a rodzina śmieje się z pierwszych niewyraźnie wypowiadanych słów i historii o Ninjago opowiadanych prababci.

W końcu dorośli dają się namówić i przychodzi czas na prezenty. Są piski radości, okrzyki zdziwienia i dźwięk rozdzieranego papieru. Nerwowe poszukiwanie nożyczek, które w końcu zastępuje oblizany na szybko nóż. Rodzice pomagają rozpakować paczki. Wyjmują lalki z pudełek i odczepiają je od kartoników. Usuwają zabezpieczenia i rozrywają paczki klocków. Obserwują reakcje na kupione zabawki. Wszyscy cieszą się razem z dziećmi. Najgorzej mają ci, którzy siedzą najdalej od dzieci, bo mało widzą. Reszta angażuje się w zabawę. Ogląda nowe auta i klocki, których kiedyś nie było. W końcu przychodzi ktoś z dużym workiem na śmieci i z kolorowej masy świątecznych papierów, wstążek, zabawek i dzieci zostają tylko mali ludzie, ich radość i kolorowe powody ku niej. A wokół wpatrzone dorosłe oczy w cud dziecięcej autentyczności przez nich dawno utraconej.

Wigilia trwa dalej. Dzieci się bawią, dorośli patrzą i czasem zagadują. Jedzą ciasta i inne słodycze. Rozmawiają o bożonarodzeniowych przepisach, codziennych sprawach i tym wszystkim, co nudzi najmłodszych. Zerkają co chwila, jak się podobają prezenty od nich. Sami podchodzą, żeby się pobawić. Jedni rodzice siedzą przy synach i córkach, doglądając zabawy i próbując zapamiętać, co trzeba zabrać do domu. Inni korzystają z pomocy rodziny i wykorzystują 5 minut spokoju na zjedzenie makowca, kiedy ciocia układa puzzle z ich pociechą.

Dzieci zaczynają się pokładać i trzeć oczka.

Przychodzi wieczorna głupawka z nadmiaru emocji i chęci jak najdłuższej zabawy, której przeszkadzają opadające powieki. Rodzice ogarniają wszystko wokół, zbierając stare i nowe zabawki. Rozglądają się za smoczkami, kocykami, zrzuconymi skarpetkami i opaskami. Rodzina pomaga i wynajduje ludziki Lego wciśnięte w kanapę i plastikowe buty Barbie stojące w rządku obok widelca na stole. Dzieciaki wracają do domów. Padają w aucie albo starają się jak najdłużej wytrzymać. Rodzice układają prezenty i przynoszą do łóżeczek nowe misie i lale, auta i wiertarki, bez których maluchy nie zasną. Patrzą na ten cały rozgardiasz zmęczeni i uśmiechają się do siebie. Wigilijna radość trwa w uśmiechach najmniejszych.

Ciocie i wujkowie też wracają do swoich domów. Jedni cieszą się powrotem do swoich dorosłych mieszkań, inni wspominają słowa siostrzeńców i bratanic, ich reakcje na odpakowywane zabawki i śmieszne odzywki. Wchodzą do swoich cichych domów, w których nie ma klocków na podłodze. Widzą idealną choinkę ze szklanymi bombkami, których nikt nie tłucze. Bez papierowych pokracznych ozdób zrobionych w przedszkolu, bez papierków po wyjedzonych cukierkach. Patrzą na świąteczny porządek i zastanawiają się „po co?”. Zbierają krawaty rzucone w pośpiechu na łóżko i kolczyki, które jednak nie pasowały do sukienki. Przynoszą ze sobą sałatkę od mamy i kilka kawałków ciasta wciśniętych przez babcię. Mają siebie, ale kogoś im jeszcze brakuje do pełni szczęścia.

Boże Narodzenie jest dla wszystkich. Nie tylko dla dzieci.

Prezenty tu nie pomogą

Nie chodzi mi o to, że gdy dorośli dostają prezent to przestaje im być przykro z powodu braku dzieci. Na to nie ma chyba żadnej pociechy. To nie jest takie proste. Chodzi trochę o to, żeby też mieć odrobinę dziecięcej radości i żeby pomyśleć o czymś innym. Żeby nie kupować tylko zabawek, ale też upominki sprawiające radość innym dorosłym. Chodzi o to, żeby nie skupiać się na dzieciach. Uwaga poświęcona tym, które są, po chwilach spędzonych razem, czasem przenosi swoje skupienie na te, których nie ma i być może nigdy nie będzie. A to boli. Szczególnie w Święta. 

Pięknie zapakowane paczki z niespodziankami nie są sensem Świąt Bożego Narodzenia – zaznaczam to po raz kolejny. Są jednak ich bardzo charakterystycznym elementem i przemiłą tradycją, która dużo dla mnie znaczy. Nie jako materialne dobra, ale wysiłek, jaki trzeba włożyć w sprawienie bliskim przyjemności i radości. Ważna nie jest zawartość paczek, ale serc, które je przygotowują. Nie chodzi mi o to, żeby domagać się tak samo okazałych podarków jak te, które dostają maluchy (i które ja dostawałam kiedyś). Bardziej o gest, symbol i pamięć.

To nie jest tak naprawdę wpis o prezentach

Nie jest wcale o tym, czy warto obdarowywać też dorosłych. Nie chcę też nikogo przekonywać do jedynego słusznego rozwiązania, bo takiego nie ma. Dzisiaj drobne upominki nie tylko dla najmłodszych są dla mnie ważne, kiedyś być może zmienię zdanie albo z czysto ekonomicznych względów zmodyfikujemy nasze zwyczaje. Dzisiaj wiem tylko tyle, że wypracowanie przekonania, że Święta Bożego Narodzenia bez własnych dzieci mogą być piękne i radosne sporo mnie kosztowało. W związku z tym bywa mi przykro, kiedy ktoś pokazuje, że jednak dzieci są najważniejsze. Wtedy przez ułamek sekundy czuję, że nic nie znaczę, bo nie jestem mamą.