Mój mąż nie płacze razem ze mną

with Brak komentarzy

Jeden z tych dni, kiedy wszystko Cię wkurza. Emocje biorą górę i chodzisz z gulą w gardle. Widać ją co jakiś czas w wilgotnych oczach, które udają alergię. Jest Ci smutno. Źle. Irytujesz się albo gniewasz. Wszystko leci Ci z rąk. Albo raczej masz wrażenie, że nic Ci nie wychodzi, bo tak naprawdę ciężko to ocenić. W sumie nie musi to być cały dzień. Może być kilka minut albo parę godzin. Cały świat sprzymierzył się przeciw Tobie – chciałabyś powiedzieć. Kolejne pierdoły wyprowadzają Cię z równowagi. Znajdujesz drobnostki, które przestają nimi być. Dokładają się do góry, która Cię złości. Smuci i przygniata. Niemal fizycznie.

Mój mąż nie płacze razem ze mną

Nie chodzi o hormony i napięcie przedmiesiączkowe, to byłoby zbyt proste. To złe samopoczucie jest czymś spowodowane. Masz problem. Realny i poważny. Jeden konkretny i milion pobocznych, połączonych ogniwami skojarzeń, a czasem przypadków. Może trochę wyolbrzymiasz, ale kłopot jednak jest. Nie ważne jaki. Każda z nas ma problemy. Każda inne. Większe i mniejsze, ale są. Brak pracy, zła relacja z mamą, teściową czy siostrą, niepłodność, finanse, nastoletnie zbuntowane dzieci, trudne egzaminy, ciężkie urzędowe sprawy do załatwienia. I każda z nas czasem płacze. Jedne kilka razy w miesiącu, inne co pół roku. Albo, daj Boże, kilka lat temu ostatnio.

Mężczyźni też mają takie dni. A może nie dni, a jedynie sytuacje? Nie wiem do końca, wsystkich nie zbadałam. Albo bywają źli, albo smutni (choć to chyba rzadziej). Mężowie swoich żon też mają problemy, które spędzają im sen z powiek. Sprawy budzące emocje, nie zawsze najlepsze. Kwestie docierające głęboko i drażniące wnętrze. Odbierające pewność siebie, podważające męskość. Zagrażające. Rzeczy trudne życiowo wewnętrznie albo zupełnie technicznie. I panowie też czasem płaczą. Albo krzyczą. Albo działają. Albo zamykają się sobie, a Ty szukasz odpowiednio delikatnego klucza, który powoli otworzy, a nie zaciśnie zapadek zamka.

Mąż i żona spotykają się

Tylko tak naprawdę, a nie w kawiarni albo w korytarzu mieszkania przelotem. Mówię o spotkaniu osób, a nie o zewnętrznym wydarzeniu. On i ona z ich problemami, troskami i codziennym utrudzeniem. Tymi realnymi i nieco naciąganymi – każde z nich są tak samo ważne. Nie ma błahych kwestii, kiedy druga osoba mocno przeżywa. Rozmawiają ze sobą albo milczą albo płaczą przytuleni. Albo myślą intensywnie jak odpowiedzieć na łzy lub nerwy. Pomagają i wspierają się w wersji idealnej. Słuchają i milkną, gdy trzeba. Radzą, ale bez przesady. Są cali dla siebie i to czasem wystarczy. 

Dlaczego się smucisz?

Powody największych zmartwień danego czasu w małżeństwie nie zawsze są te same. Ona może martwić się czymś zupełnie innym niż on. Jest tyle rzeczy do przejmowania! I każde z nich może być kompletnie oddane swoim problemom. Piszę „swoim”, choć zazwyczaj są to wspólne kłopoty, które na pierwszy rzut oka tak nie wyglądają. Wewnętrzne rozterki, kompleksy i odkryte zranienia sprzed lat chociaż są bardzo osobistą i prywatną sprawą jednej osoby, małżonek też ma prawo i obowiązek się nimi przejąć. A te rzeczy naprawdę wspólne, dotyczące małżeńsko-rodzinnego życia nie zawsze są tak samo intensywnie przeżywane przez dwie osoby.

Dlaczego nie płaczesz ze mną?

Kiedy jest nam źle, potrzebujemy zrozumienia. Nie zawsze o nie łatwo w małżeństwie. Kobiety i mężczyźni różnie odbierają rzeczywistość. I choćby z całego serca się chciało, to jednak o idealną empatię i współodczuwanie trudno. Niby jedno, a jednak dwoje. O różnych sposobach przeżywania.

Można mieć żal. Może być nam nawet jeszcze gorzej. „Czemu on mnie nie rozumie? Czemu ona bagatelizuje moje problemy?” I wcale lepiej nam nie jest po rozmowie. „Bo on nie wie, o co chodzi, bo to dla niego nie jest ważne.” Tego typu stwierdzeń może być mnóstwo. I chociaż ziarenko racji mogą w sobie mieć, to jednak to wszystko ma sens takie, jakie jest.

Mój mąż nie płacze razem ze mną

Dobrze, że mój mąż nie płacze razem ze mną

Co bo to było, gdybyśmy oboje nad jednym problemem się pochylali i martwili i nakręcali jeszcze bardziej? Co by to było, gdybyśmy oboje mieli te same złe dni? Co by to było, gdybyśmy oboje patrzyli na jeden problem przez pryzmat rozhulanych emocji? To ma sens, że martwimy się innymi rzeczami i w różny sposób! Czasem trudno jest mi to przyjąć i pojąć, bo chciałabym, żeby mąż „ojojał” mój problem, żeby pozamartwiał się ze mną, a może uronił łzę ze wspólnego smutku albo chociaż przestał znajdować rozwiązania. Chciałabym czasem, ale ostatnio zrozumiałam, że to nie miałoby sensu. Bo w małżeństwie nie chodzi o to, byśmy byli tacy sami, ale żebyśmy się uzupełniali i razem widzieli pełnię – zmartwień i rozwiązań. :) Gdy jedno się martwi, drugie myśli bardziej trzeźwo.

Nie musimy razem płakać, by się rozumieć

To, że w danym momencie inne rzeczy nas najbardziej na świecie martwią nie oznacza, że się nie rozumiemy. Nie czujemy tak samo. Nie ciągniemy w głowach tych samych fatalistycznych rozważań. Nie wyolbrzymiamy i nie rozkręcamy na części pierwsze tego samego. Nie umniejsza to jednak zrozumienia – tego logicznego, umysłowego i myślowego. O uczuciach nie mówię, bo to byłoby współodczuwanie, a jak wyżej przytaczam, widzę sens jego braku. Zrozumienie swoich problemów, chęć pomocy, łagodność, wyrozumiałość i cierpliwość wystarczą.

A jak jest u Was? Też czasem byście chciały trochę wspólnie się poużalać czy wolicie trzeźwe męskie spojrzenie i konkretne rady? :)