Podziwiam żony himalaistów

with 3 komentarze

Od tygodnia mniej więcej chodzi mi po głowie temat realizacji pasji w małżeństwie. Od czasu akcji ratunkowej na Nanga Parbat, na której został Tomasz Mackiewicz, myślę o jego żonie. Myślę o wszystkich żonach i partnerkach himalaistów i ludzi o niebezpiecznych zainteresowaniach. Bo są kobiety, które mają wielkie „ale” do swojego męża, gdy ten chce wyjść na mecz z kolegami i są takie, które pozwalają ukochanym jechać na miesiąc lub dłużej w góry, z których nie wiadomo, czy wróci.

Podziwiam żony himalaistów. Refleksje po wydarzeniach na Nanga Parbat

Zastanawiam się wobec powyższego nad wolnością w małżeństwie i nad realizacją własnych pasji i wyzwań. Małżeństwo mi osobiście daje wolność. Mój mąż widzi to podobnie. Jesteśmy jednak domatorami, nie ciągnie nas na żadne ośmiotysiączniki ani w inne niebezpieczne miejsca. Nam jest łatwo dawać sobie wolność. Czasem wręcz sami się nawzajem namawiamy na jakieś wyjścia. Jesteśmy do siebie podobni, potrafimy zrozumieć powody, dla których chcemy coś zrobić. Żadne z nas nie ryzykuje swojego życia ani zdrowia w imię realizacji swoich pasji.

Kiedyś Piotrek nurkował

Był czas, że dużo o tym opowiadał. Interesował się światowymi rekordami i osiągnięciami. Facet z pasją jest pasjonujący. Intryguje swoim zaciekawieniem i nietypową wiedzą. Podobało mi się, gdy opowiadał z zacięciem wszystkim naokoło o zmianach ciśnienia na różnych głębokościach i raczył towarzystwo specjalistycznymi ciekawostkami. Póki jego zainteresowanie kręciło się wokół zastawionego kolacją dla znajomych stołu, wszystko było w porządku. Kiedy jednak wspominał o nurkowaniu w jaskiniach, serce podchodziło mi do gardła. Nigdy nie doszło do zaklepywania terminów nurkowań ani zapisów na dodatkowy kurs. To były tylko rzucone mimochodem pomysły, coś, co „fajnie by było”. I chociaż z pewnością byłaby to niesamowita przygoda, ja oddycham a ulgą, że nie doczekała się ona realizacji. Mam wybujałą wyobraźnię, jeśli chodzi o wymyślanie tragicznych historii, a film „Sanctum” jeszcze bardziej wyolbrzymił moje „zdolności” w tym zakresie.

Nie chcę ograniczać mojego męża

Chciałabym, żeby przy mnie czuł się wolny i swobodny. Chciałabym mu pomagać w realizacji własnych celów, wspierać go i zachęcać. Przyznaję jednak, że gdy w grę wchodzi jego życie (albo chociaż zdrowie), przychodzi mi to z trudem – nawet czysto hipotetycznie. Trudno mi sobie wyobrazić sytuację, że mój mąż wyjeżdża co roku na jakiś czas, by pobyć sam na sam z jakimś żywiołem. Zamartwiłabym się na śmierć, gdybym nie miała pewności, że wróci do mnie cały i zdrowy po swojej eskapadzie. I wiem, że gwarancji powrotu nie mam nigdy, że wypadki zdarzają się także na drodze między domem a osiedlowym warzywniakiem, ale mimo wszystko nie jest to ekstremalnie niebezpieczna sytuacja z założenia.

Nie chciałabym być żoną, która „nie pozwala” na coś mężowi

Prawdopodobnie, gdyby Piotrek miał jakieś niebezpieczne zainteresowania i chciał je realizować, starałabym się go wspierać, choć z drżącym sercem. Przyznaję po cichu, że cieszę się, że nie muszę tego robić, że nie czekam na znak życia od niego. Cieszę się, że jest w domu i nie ciągnie go ani w wysokie góry, ani do skoków na bungee z jakiś mostów, ani do latania czymś innym niż samolotem, ani, w tej chwili, do ekstremalnego nurkowania.

Podziwiam żony himalaistów

Naprawdę je podziwiam za tę wolność, którą dają swoim mężom. Wolność samorealizacji, której każdy z nas w jakimś zakresie potrzebuje. Dla jednych jest to kilka godzin spędzonych na wirtualnych strzelankach albo wyścigach, dla innych wędkowanie, siłownia, czas spędzony na majsterkowaniu przy aucie, ale są i tacy, którzy stają oko w oko ze śmiercią, by poczuć, że żyją.

Nie oceniam powodów, dla których to robią. Rozumiem potrzebę zmierzenia się z samym sobą, przekraczania własnych granic, odkrywania, eksplorowania i osiągania światowych wyników w różnych dziedzinach. Z drugiej strony stawiam odpowiedzialność za rodzinę, przede wszystkim za dzieci. Bo jak ktoś wychodzi za „wariata” to liczy się z tym, że jego pasja będzie w ich związku choćby nie wiadomo co. Dzieci jednak nie mają nic do gadania i potrzebują obojga rodziców, tak po prostu. I chyba właśnie przez to jeszcze bardziej podziwiam te kobiety, które pozwalają mężom na ryzykowanie własnego życia w imię wyższych celów. Podziwiam, bo nie wiem, czy bym tak potrafiła.

Ograniczanie wolności w codzienności

Krótko wspomnę o zupełnie odwrotnej postawie, którą prezentują niektóre żony. Te zaborcze, niepozwalające na samodzielne wyjścia męża. Te, które chcą każdą wolną chwilę spędzać razem. Nie dają odetchnąć od siebie ani zatęsknić. Trzymają męża w domu i nie pozwalają na „marnowanie czasu” przy jego zainteresowaniach. Boją się puścić go na kilkudniowy wypad z kolegami i strzelają fochy, gdy idzie na piwo po pracy. I nie zawsze to są złe żony i złe związki.

Myślę, że każdej z nas zdarzają się zachowania  z tej kategorii. Nie zawsze bezpośrednie i okazane werbalnie, ale przez grymas na twarzy czy niewypowiedziane emocje, które on jednak umie odczytać. Czasem się o nich boimy, czasem po prostu chciałybyśmy spędzić czas razem. A czasem drażnią nas ich zainteresowania – tak o, bo zły dzień albo hormony. My, kobiety mężów o bezpiecznych hobby, nie raz jesteśmy niezadowolone i bezsłownie nie pozawalamy mężom na różne rozrywki. Jak to się ma do kobiet, które „pozwalają” mężom na górskie miesięczne wyprawy w ekstremalnych warunkach? Czasem nie chcemy pozwolić wyjść im z kolegami, a czy pozwoliłybyśmy iść im w góry na możliwą śmierć? Są takie kobiety, które na to pozwalają.

To jest trudne – dawać wolność pomimo ryzyka śmierci

Nie wiem, czy gdzieś jest granica, kiedy można powiedzieć małżonkowi „Koniec. Nie pozwalam. Zakazuję”. Pewnie byłaby ona gdzieś w okolicach jego zagrożenia życia albo dobra rodziny i w okolicach głupoty lub bezmyślności – np. prowadzenie auta po alkoholu, hazard itp. Co jeśli jednak ryzyko śmierci połączone jest z gruntownym przygotowaniem, świadomością, wiedzą, doświadczeniem i wsparciem technicznym? Co jeśli chodzi o pasję, która jest częścią naszego współmałżonka, która go niejako definiuje? Co, jeśli on bez tych wyjazdów będzie się czuł jak w klatce, będzie się psychicznie dusił i pogrążał?

Podziwiam żony himalaistów. Refleksje po wydarzeniach na Nanga Parbat

Nie mam pojęcia, jaką byłabym żoną mężczyzny o niebezpiecznych zainteresowaniach

Obawiam się, że początkowo byłabym zafascynowana niezwykłością tego, co robi, by później coraz bardziej się bać. Myślę, że z czasem ograniczałabym tę swobodę pokazując swój smutek czy niezadowolenie. Mogłabym w pewnym momencie nie wytrzymać i „zakazać” mu realizacji swoich pasji. Nigdy bym tego nie chciała – ograniczać mojego męża w jego zainteresowaniach, ale nie chciałabym też jego śmierci. Nie wiem, czy umiałabym to połączyć i dlatego podziwiam żony himalaistów.

To jest bardzo złożony temat. W internecie pojawia się mnóstwo przeróżnych głosów – wychwalających i potępiających. Jest wiele komentarzy co do samej akcji ratunkowej Mackiewicza i Revol. Wypowiadają się zarówno doświadczeni himalaiści jak i kanapowi eksperci. Nie mi oceniać wydarzenia na Nanga Parbat. Bez względu na wszelkie okoliczności, w przeraźliwym zimnie został tam człowiek. W warunkach dla nas totalnie nie wyobrażalnych został sam i to mnie przeraża, dotyka i smuci. Bez oceniania myślę o jego rodzinie, o kobiecie, która „go tam puściła”. I podziwiam w pewien sposób. Jak wszystkie żony, które czekają na ukochanych ryzykujących swoje życie. Bez znaczenia czy ze względu na wyższe dobro (np. żołnierze podczas obrony swojego kraju) czy ze względu na realizację pasji. Obaj odnoszą jakieś zwycięstwo, choćby skończyło się śmiercią, a ich kobiety płaczą, nawet, jeśli rozumieją.

P.S.
Piszę „żony himalaistów”, ale w gruncie rzeczy myślę o wszystkich partnerach i partnerkach ludzi, którzy ryzykują własne życie podczas realizacji własnych pasji.