Odkryłam powód małżeńskich kłótni remontowych!

with 2 komentarze

W trakcie remontu ludzie się kłócą. Nic odkrywczego. Czy chodzi o wybór płytek, kolorów, malowanie, zdzieranie starych tapet czy „tylko” skręcanie mebli, pojawiają się w związkach konflikty. U jednych powstają z tego wielkie awantury z latającymi pędzlami, u innych atmosfera po prostu gęstnieje i zapada grobowa cisza przerywana skrobaniem szpachelki, jeszcze innym przechodzi po kilku głębszych. Oddechach oczywiście. Mniejsze czy większe, ale sprzeczki się zdarzają.

powod klotni malzenskich - remont

Dlaczego w trakcie remontu małżeństwa się kłócą?

Niedawno znalazłam odpowiedź na powyższe pytanie! Remontujemy się tak gdzieś od miesiąca. Nasz Instagram trochę odżył, ale stał się dość monotematyczny. No cóż, w końcu teraz żyjemy remontem. To jest obecnie nasz „projekt życia” i rzeczywiście łatwiej z nami pogadać o rodzajach gipsów i sposobach nakładania gładzi niż o innych rzeczach. My między sobą też częściej dyskutujemy na tematy budowlane – np. po co zakładać siatkę na łączenia płyt kartonowo-gipsowych. Bo że trzeba, to wiemy od Mario Budowlańca, ale dlaczego to już inna kwestia i co do tego mamy różne zdania.

Dużo robimy sami

Ekipę remontową wynajmiemy, ale głównie do położenia płytek i ogarnięcia łazienki (tam do wymiany idzie wszystko oprócz lampy). Resztę robimy sami – zdzieranie tapet skrobanie starej farby, gładź i malowanie w pokojach i przedpokoju, szlifowanie i malowanie krat w oknach i położenie paneli prawdopodobnie. Ot, taki trochę kaprys, widzi mi się i cięcie kosztów. I tak sobie razem jeździmy po marketach budowlanych, kupujemy rzeczy, o których istnieniu ledwo się dowiedzieliśmy i przeżywamy mnóstwo pierwszych razów (pierwsze zdzieranie farb, pierwsze równanie ścian, pierwsza gładź itd.itd. – dużo tego). Razem spędzamy wieczory na brudnej robocie i żyjemy jakby na mniejszym metrażu, bo sypialnia, pokój dzienny, część przedpokoju i kuchni mamy teraz w dużym pokoju. Nasze łóżko jest jedynym miejscem, gdzie można spokojnie usiąść i zjeść, popracować, obejrzeć film i zasnąć. Zawsze obok siebie, zawsze blisko. Nie zawsze w nastroju do takiej bliskości.

Ludzie się dziwią, że nam się chce robić to samemu. No cóż, nie zawsze się chce, ale postanowiliśmy to robimy i mamy z tego frajdę, jak coś się uda i widać efekty.

Remont to bardzo częsty powód małżeńskich kłótni

Wcale się temu nie dziwię. U nas też nie jest non stop radośnie i uroczo. Nerwów na siebie nawzajem i cały świat jest sporo. Jest też dużo czasu na przemyślenia. Jednostajne czynności trwające dłużej niż kilka minut są idealne do wszelkich rozmyślań. Tylko zanim zacznę myśleć o czymś ciekawym i budującym, muszę przeczekać samonapędzającą się lawinę głupot, które potęgują zdenerwowanie, wzajemne pretensje, oskarżenia o to, kto, gdzie malował i zostawił jakieś paprochy i negatywne myśli o wszystkim innym, co się w życiu dzieje. Jak tak sobie skrobałam ściany któregoś dnia odkryłam pierwszy powód małżeńskich kłótni remontowych.

1. Nie umiemy rozmawiać o pracach budowlanych!

Choćbyśmy na co dzień rozumieli się bez słów, to ciężko się dogadać w sprawach, w których nie potrafimy pewnych rzeczy nawet nazwać. I tak sobie gadamy, przekonując się do swoich racji, napięcie rośnie, zdenerwowanie też, po czym okazuje się, że mówiliśmy o tym samym, tylko inaczej to nazwaliśmy. Albo będąc w sklepie, zastanawiamy się nad jakąś opcją i nijak nie jesteśmy w stanie powiedzieć, o co nam chodzi, nie możemy znaleźć odpowiednich słów, mylimy się, nie pamiętamy, co jak wygląda i w którą stronę coś by trzeba przesunąć lub dociąć. Łatwiej pokazać pewne rzeczy. Do tych problemów z komunikacją dochodzi zmęczenie albo ewentualne błędy, które trzeba poprawiać, problemy ze znalezieniem ekipy czy materiałów w odpowiedniej cenie i rozdmuchujemy mały dramacik do rozmiarów katastrofy narodowej.

2. Mamy ambicje i nie lubimy, gdy coś nam nie wychodzi.

To jest drugi powód kłótni remontowych. No zazwyczaj tak jest, że komuś lepiej idzie jedna rzecz, ale do drugiej na przykład nie ma siły i nie daje rady. Albo mamy różną tolerancję na nierówności albo inaczej rozumiemy dokładne malowanie (grubsza warstwa farby czy cieńsza, ale idealnie rozprowadzona). Ktoś niemal idealnie nakłada gładź, by później mieć mało szlifowania, a druga osoba woli nie przykładać się tak do gładzenia, ale później wszystko idealnie zetrze papierem ściernym. Takie różnice w podejściu i w tym, co nam wychodzi lepiej są bardzo konfliktogenne. I choćby się nie chciało, to kolejne zaschnięte włoski z wałka na ścianie (i to jej widocznej części!) wkurzają. Trzeba sporo samozaparcia, żeby się nie zacząć zastanawiać, kto malował ten fragment i komu należy się bura. Łatwiej jest powiedzieć: „O, tu też Ci kapnęła farba i nie starłeś! Kolejne farfocle z Twojego wałka!”, a to do niczego nie prowadzi. Jesteśmy jedną drużyną!

3. Wózki w marketach budowlanych są złe!

Pół żartem, pół serio mówiąc, ale serio, te wózki to jest jakiś dramat. Bywamy ostatnio w takich sklepach często i za każdym razem coś jest z nimi nie tak. Są sporo cięższe niż ich odpowiedniki z hipermarketów z jedzeniem, mają różne nietypowe kształty i tragiczne kółka. Nie da się ich swobodnie prowadzić, nie chcą skręcać. Trzeba się nieźle nagimnastykować, żeby jechać w odpowiednią stronę i przy okazji nie rozwalić nowej ekspozycji płytek i nie zahaczyć żony. Małżeństwa kłócą się podczas remontu właśnie przez wózki sklepowe!

powod klotni malzenskich - remont

Pewnie myślisz sobie, że to zupełnie nieistotna głupota…

No i masz świętą rację! Wózek w sklepie to głupota. I takie właśnie głupoty prowadzą do kłótni. Dobrze mieć tego świadomość.

Wpadłam na pomysł tego wpisu właśnie po wizycie w najbliższym markecie budowlanym. Remontujemy się po pracy, czyli raczej wieczorami. Byliśmy w sklepie przed samym zamknięciem, mieliśmy kupić kilka rzeczy, a w końcu nie kupiliśmy nic. Wzięłam od Piotrka wózek (zazwyczaj to on się z nimi męczy) i efekt był taki, że po chwili już oboje byliśmy podenerwowani. No i po wyjściu, dla rozładowania atmosfery powiedziałam, że wszystkiemu winne są te głupie wózki. Chyba że to my mamy jakiegoś pecha…

Remont to istna kopalnia tematów blogowych i zabawnych dialogów o dwuznacznym znaczeniu. W małżeństwie to nawet fajne jest. :)

Myślę jeszcze nad tekstem „Jak się nie pozabijać w trakcie remontu?” i zastanawiam się, czy pokazywać na blogu nasze „nowe” wnętrza. Dajcie znać w komentarzach, czy chcecie zobaczyć metamorfozę naszych czterech kątów. Jeśli coś konkretnego Was interesuje, napiszcie poniżej.

Życzę Wam fajnych wózków sklepowych! ;)

  • Remonty, przeprowadzki, to moje ulubione zajęcia. Mąż ich stanowczo nie podziela :) Za to ma zawsze ubaw, jak mówię, że „zrobiliśmy remont”, „zbiliśmy kafelki”, „wynieśliśmy meble”. No cóż, ja planuję, kupuję, maluję i skręcam meble. Do niego należą prace typowo „męskie” :D
    O ile sam remont może prowadzić do kłótni, o tyle samo przygotowanie do niego, planowanie kolorów, wzorów, to już istne koło fortuny – fochom, niezadowoleniu, sprzeczkom i obrazom majestatu u niektórych par nie ma końca. Pomóc może tylko projektant :D

  • Remonty wzbudzają wiele emocji :)