Powołanie do małżeństwa

with 2 komentarze

Małżeństwo ma kilka definicji. Można bazować na Kodeksie Cywilnym czy Kodeksie Prawa Kanonicznego albo próbować ująć własnymi słowami małżeńską więź. Kiedyś pisałam już, czym dla mnie jest małżeństwo. Czwarty z siedmiu punktów mówi właśnie o powołaniu. Dla mnie jest ono życiowym powołaniem. Powołanie do małżeństwa istnieje.

Powołanie do małżeństwa

Powołanie to nie tylko życie zakonne

Jesteśmy przyzwyczajeni do stawiania znaku równości między „powołaniem” a „powołaniem do życia zakonnego”. Księża, siostry zakonne, bracia – oni mają powołanie. Zostali wezwani przez Boga do posługi i poświęcenia Mu swojego życia. Usłyszeli wezwanie i odpowiedzieli na nie. Bóg wybrał ich do konkretnego sposobu życia, by w nim odnaleźli szczęście. To nie jest jednak jedyne powołanie. Dobrze by było częściej o tym mówić – o małżeństwie nie jako formalnym związku, ale jako o powołaniu. Może wtedy miałoby większą wartość w ludzkich oczach.

Każdy człowiek ma powołanie. Tylko każdy z nas do czegoś innego. Jedni do zakonu, inni do małżeństwa, a jeszcze inni do świeckiego życia konsekrowanego (rodzina i zakon to nie jedyne opcje!). I tak jak żony i mężowie nie mają powołania do życia zakonnego, tak kapłani nie zostali powołani do założenia rodziny. Bóg ma plan wobec każdego z nas. On wie, jakie życie jest dla nas najlepsze. Do czego mamy predyspozycje i w czym będziemy się najlepiej sprawdzać. On nas stworzył właśnie dla takiego życia i nas do niego uzdalnia.

Małżeństwo jest ważne

Lubimy porównywać. W kontekście powołania mam wrażenie, że w społeczeństwie panuje przekonanie, jakoby kapłaństwo było najważniejszym powołaniem (dla niektórych jedynym, bo innych opcji nie rozpatrują w tym kontekście). Nie chcę dyskutować, które jest „naj”, ale warto podkreślać, że nie jest ono jedyne. Nie postawiłabym między nimi znaku równości, bo są kompletnie różne, ale jedno i drugie to powołanie. Nie takie same, ale oba ważne. Wszystkie są ważne i niezbędne. Nie ma społeczeństwa czy Kościoła składającego się z samych małżonków, konsekrowanych dziewic czy zakonników. Wszyscy jesteśmy ważni i potrzebni. Każdy ze swoją rolą w świecie – każdy w swoim powołaniu.

Bez małżeństwa nie byłoby kapłanów

To jest taki drobny szczegół, który według mnie bardzo „podbija” wagę powołania do małżeństwa. Każdy ksiądz był kiedyś dzieckiem, które urodziło się dzięki miłości swoich rodziców. To małżonkowie wychowują przyszłych kapłanów, a oni później błogosławią sakrament małżeństwa. To jest zamknięty krąg. Nie ma jednych bez drugich. Trochę jak dyskusja o tym, co było pierwsze – jajko czy kura.

Powołanie nie tylko dla wierzących

Słowo „powołanie” dla wielu osób jest jasno powiązane z religią. Dla mnie oczywiście też, ale myślę sobie, że niewierzące osoby także mogą odczuwać powołanie do czegoś mimo braku Osoby, która by je nadała. Bo wybór między życiem świeckim a zakonny to jedno, ale w kontekście życia zawodowego tez używa się tego określenia. Nie raz słyszy się o lekarzach czy nauczycielach „z powołania”. To pozwala mi myśleć o nim bardziej wielowymiarowo, nie tylko jako o Bożym wezwaniu, ale także jako o zestawie predyspozycji, cech, które mnie uzdatniają do wykonywania danej pracy czy życia w określony sposób.

Moje powołanie do małżeństwa

To nie było tak, że zawsze wiedziałam, że chcę być żoną. Najpierw był czas, że nie widziałam innej opcji – wydawało mi się, że każdy kiedyś po prostu bierze ślub, taka naturalna kolej rzeczy. Zakon nawet by mi przez myśl nie przeszedł! Dopiero w liceum zaczęłam się zastanawiać, jak ma wyglądać moje życie. To był taki najintensywniejszy czas, jeśli chodzi o dojrzewanie, rozwój kobiecości i poznawanie siebie. Bardzo dobrze go wspominam.

Spotkałam wtedy Natalię. Koleżankę starszą ode mnie kilka lat, studentkę. Byłyśmy razem na rekolekcjach powołaniowych u zaprzyjaźnionych sióstr zakonnych – misjonarek klaretynek (polecam dni skupienia dla dziewcząt). Pamiętam, że Natalia bardzo jasno mówiła o tym, że ma powołanie do małżeństwa. Miała w sobie głęboką pewność i spokój, że pewnego dnia będzie żoną. Dla mnie to było trochę niepojęte. „Jakim cudem, możesz mieć pewność, że będziesz żoną, skoro nawet nie masz chłopaka?!” Dzisiaj ma męża i trzy córeczki. To wtedy chyba sama zaczęłam konkretnie rozeznawać swoje powołanie.

Dojrzały katolik bierze pod uwagę różne opcje

Nie chciałam iść do zakonu. Nie ciągnęło mnie jakoś szczególnie, nie „czułam” powołania do bycia siostrą. Uznałam jednak, że każdy młody katolik powinien postawić przed sobą pytanie „Czego Bóg ode mnie oczekuje?”. Nie nastawiałam się na żadną odpowiedź, nie szukałam znaków na niebie i ziemi. Po prostu pytałam. Boga i siebie. Byłam bardzo otwarta na wszystko, co przychodziło mi do głowy. Nie bojkotowałam ze strachem myśli, jak wyglądałabym w habicie (w welonie zakonnym było mi całkiem spoko), czy dałabym radę wstawać na poranną modlitwę, za co mogłabym być odpowiedzialna w swojej wspólnocie, co na to powiedziałaby moja rodzina.  Analizowałam, jak każde z moich żyć mogłoby wyglądać. Zaczęłam zdawać sobie sprawę z moich ograniczeń czy upodobań, a jednocześnie miałam świadomość, że jeśli Bóg będzie chciał mnie w jakimś miejscu to mnie do tego uzdatni – da mi wszelkie niezbędne przymioty. Nie powołałby mnie do czegoś, czego nie byłabym w stanie wypełnić. Podchodziłam do tego na różny sposób – emocjonalnie i czysto logicznie, ale przede wszystkim na spokojnie. Nie spieszyłam się.

Powołanie do małżeństwa

Pewność przychodziła powoli w spokoju serca

Nie wiem, kiedy dokładnie zdecydowałam, że nie wstąpię do zakonu ani nie zostanę dziewicą konsekrowaną. Nie wiem, kiedy dokładnie Bóg mi o tym powiedział. To wszystko działo się stopniowo. Trochę tak jak zakochanie przechodzi w prawdziwą miłość – nie da się wyznaczyć konkretnego momentu granicznego. Bardzo podobnie było z moim powołaniem do małżeństwa odkrywanym i rozeznawanym na spokojnie bez panicznego oczekiwania na znak, który da 100% gwarancję. Takim cichym szeptem zwiastującym pewność, były Słowa, które słyszałam przy wszystkich problemach z chłopakami (pisałam o nich tutaj, więc nie będę się powtarzać).

Jakoś przed maturą byłam już tak pewna swojego powołania, że zastanawiałam się czy jest sens, żebym szła na studia. Wiedziałam, że chcę założyć rodzinę i nie chciałam tracić czasu. Myślałam o dzieciach, które bardziej potrzebowałyby mnie w domu. Nie mogłam doczekać się codzienności w nowych rolach. Brałam pod uwagę bycie mamą i żoną na pełen etat, więc zastanawiałam się, po co mi do tego studia. Dzisiaj wiem, że były mi bardzo potrzebne, i dosłownie dzięki Bogu je skończyłam.

Małżeństwo i rodzicielstwo – nierozerwalny pakiet

I mimo tego, że wciąż nie mamy gromadki dzieci (jakiej gromadki, jednego nawet nie mamy…) nie tracę tej pewności w swoim powołaniu. Wiem, że Bóg chce mnie tu i teraz z moim mężem. Wierzę, że to wszystko ma sens. Dla mnie małżeństwo i rodzicielstwo są ściśle połączone. Nie wyobrażam sobie powołania do macierzyństwa bez predyspozycji do bycia żoną. I w drugą stronę – jako żona wiem, że kiedyś, jakoś będę mamą, a mój mąż tatą. I chociaż czasem łapię się na wątpliwościach i pytaniu Boga: „Skoro powołałeś mnie do małżeństwa, to czemu nie pozwalasz mi w pełni wypełniać mojego powołania w macierzyństwie?”, to wiem, że to ma sens. Chociaż jeszcze do końca nie wiem, jaki.

Pamiętam, jak w podstawówce potrafiłam wystawić koleżanki, bo na podwórko wyszedł kolega z klatki obok ze swoim młodszym bratem. Kiedy tylko widziałam Adasia na dworze, żadne plany nie miały znaczenia – rodzinne wyjścia, bajka w telewizji, wolny komputer, umówione spotkanie z przyjaciółkami czy odrabianie lekcji. Bawiąc się z dziewczynami, potrafiłam zostawić je i iść do tego maluszka, żeby po prostu z nim pobyć. Kiedy szliśmy z rodzicami do znajomych, którym urodziło się dziecko, całą wizytę, kilka godzin potrafiłam wozić je w wózku w tę i z powrotem po kilkumetrowym korytarzu z dala od całego towarzystwa i rozmów. Na kobiety w ciąży patrzyłam jak w obrazek (ciągle z resztą uważam, że są piękne!). Wobec dzieci mam cierpliwość, której w innych sytuacjach nie byłabym w stanie z siebie wykrzesać. Szkoda byłoby to zmarnować w bezdzietnym życiu. ;)

Przede wszystkim jednak zostałam powołana do małżeństwa i nie chciałabym nigdy o tym zapomnieć. Szczególnie wtedy, gdy już zostaniemy rodzicami.

A jak to było z Twoim powołaniem do małżeństwa?

Ten wpis powstał w ramach obchodów Międzynarodowego Tygodnia Małżeństwa i blogowej akcji Tydzień Małżeństwa w internecie. Dzisiejszemu dniu patronuje temat przewodni – Małżeństwo jest boskie. :)

  • Beata G

    Hmmm, u mnie nie było łatwo ;-) piękny tekst i pozdrawiam serdecznie :-)

  • Ewka, ale Ty odważnie i prawdziwie piszesz. Aż mnie czasem to zatyka :) i nic bym nie napisała tylko bym Cię mocno przytuliła. Nie z litości, czy z jakiś emocji. Ale po prostu. Bo to jest czasem to co umiem najlepiej powiedzieć :) :*