Przesądy ślubne – dlaczego wciąż funkcjonują?

with Brak komentarzy

Przeglądając Facebooka, co jakiś czas natrafiam na pytania o przesądy ślubne na grupach dla narzeczonych. Jedni pytają dla zabawy, inni całkiem poważnie, a ja się zastanawiam, czemu te zabobony ciągle jakimś cudem funkcjonują. Bo niby nikt nie wierzy, niby nie mają sensu, ale jednak „na wszelki wypadek” czy „w razie czego” lub „dla świętego spokoju” przestrzega się pewnych nielogicznych reguł. Dzisiaj mnie oświeciło i mam jedno wytłumaczenie dla tego całego procederu.

Przesądy ślubne

Intuicyjnie i z przykładami wiem, co to są przesądy czy zabobony, ale z ciekawości zerknęłam, co na ten temat mówią Internety (czyli ciocia Wiki) i Słownik Języka Polskiego. Poniższa definicja idealnie odzwierciedla moje podejście do tego tematu, a przede wszystkim ukazuje, jak bardzo wiara w przesądy jest bez sensu.

Przesąd, zabobon – bezpodstawna, uparcie żywiona i niewrażliwa na argumentację wiara w istnienie związku przyczynowo-skutkowego między danymi zdarzeniami. Wypływać ono może ze stereotypów zakorzenionych w tradycji i kulturze. Jest pozbawione racjonalnych podstaw i niemożliwe do weryfikacji.

Skoro coś jest bezpodstawne, niewrażliwe na argumentacje i pozbawione racjonalnych podstaw to dlaczego tak wiele osób się do tego stosuje? Czemu wciąż są pary młode, które boją się wziąć ślub w miesiącu bez litery „r”? Mam na to swoją teorię.

Wyobraźcie sobie pewną parę

I ich ogromną miłość, która góry przenosi i w ogóle jest taka szalona, nagła i wybuchowa. Zakochani po uszy, świata poza sobą nie widzą, więc się hajtają. Nie mogą bez siebie żyć, więc ślub biorą czym prędzej. Ma być pięknie, ale szybko. Nie ważne są ani opinie bliskich, ani żadne przesądy. Kochają się, heloł!

Tylko że z tym kochaniem to różnie bywa przecież

Na początku czasem ciężko ocenić, czy to zakochanie to już miłość, bo niemal zawsze wydaje się, że „no raczej!”. Załóżmy, że nasza przykładowa para jednak mylnie oceniła sytuację i do miłości prawdziwej było im bardzo daleko. W sumie to się nawet dosyć słabo znali. Dość szybko okazało się, że charaktery mają różne. I że ona jednak pryka, a on zapomniał dawno wszystkie czułe słówka. I że brak majtek sprowadza się do żalu o niezrobione pranie, a nie do namiętnych uniesień. W ogóle to całe „żyli długo i szczęśliwie” to jednak nie jest ich „nowa droga życia”. Sielanka uciekła, a ich nawet kredyt nie wiązał, o przywiązaniu i dojrzałej miłości, odpowiedzialności i konsekwencjach to nawet nie wspominam. Bo to taka para spontaniczna, a nie długodystansowa. Przysięga okazała się obowiązywać dopóki było fajnie, a gdy zrobiło się niefajnie, o nierozerwalności związku małżeńskiego i wierności zapomniano.

No i zaczęli żyć dalej, każde swoim życiem

Nie wyszło im. No nie udało się. Coś nie zaiskrzyło. Albo się wypaliło. A może skończyło? Nie dobrali się. Zdarza się. Codzienność ich przygniotła. Obowiązki wykończyły. Sytuacja przerosła. Czysta statystyka. I rozwód. Jaki by nie był, czy spokojny czy burzliwy, nie ma to znaczenia, bo zakończył ich związek. Wyrokiem sądu przestali być mężem i żoną.

Gdy rozpada się rodzina, pojawia się pytanie: dlaczego?

Ilu piekarzy, tyle kształtów bułek – każdy by zapewne wymyślił swój powód. Bo za młodzi, bo niedojrzali, bo nie przemyśleli, bo się nie kochali. Bo rodzina nie taka, wykształcenie słabe, bez zaangażowania, bo leń, bo słaba gospodyni, bo księżniczka, bo amant. Bo ślub był za szybko, bo bez błogosławieństwa babki wujka stryjenki, bo zbyt wystawny albo za skromny, bo w maju.

Wśród tych przeróżnych dyskusji o rozwodach i innych małżeńskich nieszczęściach, pół żartem pół serio, pośród logicznych argumentów pojawiają się przesądy. Brak pomyślności w związku ktoś wiąże z tym, że ślubny miesiąc nie miał w sobie „r”. I choćby mówił to z przekąsem czy sarkazmem to gdzieś ten wzorzec się utrwala przekazywany z pokolenia na pokolenie. Przekazywany, powielany i wypełniany. Łączony w związek przyczynowo-skutkowy zupełnie niepoprawnie, bo choć występowanie obu może być faktem (nieszczęście i nie zastosowanie się do ślubnych przesądów) to jednak nie musi być związane żadną zależnością.

Łatwiej jest zwalić winę za rozpad małżeństwa na przesądy ślubne niż wziąć za to odpowiedzialność

Tak sobie myślę, że te zabobony wciąż gdzieś tam w naszej kulturze sobie istnieją niesione przez piewców kultury ludowej, bo ludzie wolą obarczyć winą jakieś nadprzyrodzone siły niż jasno powiedzieć, że za małżeństwa odpowiedzialność biorą małżonkowie. Boimy się odpowiedzialności i szukamy rzeczy, które nas odciążą i wezmą ją na siebie.

Przesądy ślubne

Nie znam zbyt wielu przesądów ślubnych. Zupełnie nie zwracałam na to uwagi 5 lat temu. Wręcz wolałam nie słyszeć pewnych rzeczy, by później nie okazało się, że jednak patrzę, kto pierwszy rusza spod ołtarza, kto się kiedy obróci w kościele itd. To tak jak z czarnym kotem, który przebiegnie Ci drogę. Nie wierzysz, że przyniesie Ci pecha, ale jak za 50 m ptak narobi Ci na głowę to jednak wspomnisz w myślach sierściucha. Starałam się nie zapamiętywać raz usłyszanych zabobonów dotyczących tego, kto będzie w domu podejmował decyzję czy rządził finansami. Nie chciałam dawać sobie nawet możliwości „zrzucenia winy” za cokolwiek w naszym małżeństwie na to, co i jak zrobiliśmy w dniu ślubu. Tylko to „r” mi zapadło w pamięć i z premedytacją wybraliśmy kwiecień.

Przesądy ślubne czy zwyczaje?

Nie wiem, czy są jakieś książki o tym, jak powinien wyglądać dzień wesela, by zapewnić sobie szczęśliwe małżeństwo. W większości są raczej przekazywane z ust do ust niczym ludowe legendy czy wierzenia za dawnych lat. I tak jak to z tymi opowieściami bywało, i zabobony się zmieniają – ich treść ewoluuje. Nie raz słyszałam o tym, żeby mieć na ślubie coś starego, pożyczonego i niebieskiego, ale w sumie to nie wiedziałam, czemu. Wydawało mi się, że jest to po prostu jakiś zagraniczny zwyczaj, i że nie jest powiązany w żaden sposób z pomyślnością związku – a jednak jest.

Niektóre przesądy ślubne oprócz swojego zabobonnego charakteru mają też inne, bardziej logiczne wytłumaczenie. Podobno, jeśli bukiet jest wykonany z róż, nie powinny mieć one kolców, bo symbolizuje to kłótnie w małżeństwie. Sprzeczki sprzeczkami, ale kolce i tak warto usunąć, żeby się nie pokłóć i nie pozaciągać sukienki. Pan młody nie powinien widzieć panny młodej w sukni ślubnej przed zawarciem związku małżeńskiego. O tym często się słyszy, ale żadnego konkretnego powodu nie znam, oprócz tego, że to „źle wróży”. Z drugiej strony patrząc, można mieć to zupełnie gdzieś, ale jednak niespodzianka i to pierwsze spojrzenie na gotową pannę młodą są po prostu miłe.

Ludzie stosują się do ślubnych przesądów na „wszelki wypadek”

Trochę w myśl zasady, że „Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek”. Ślub kościelny, ale „tak na zapas, bo nie zaszkodzi”, jednak niektórzy stawiają w przedślubną noc buty z monetą w środku na parapecie albo zaszywają w ślubnej sukni okruch chleba i ziarnko cukru (jak wybierają jedno?!). Zabawa zabawą, ale wiara w zabobony to wiara w moc sprawczą nadprzyrodzonej, ale nie boskiej, siły. Dla katolika nie ma czegoś pomiędzy Bogiem a szatanem, jakiegoś innego bytu, który mógłby coś zdziałać w naszym życiu. Jeśli nie odwołujemy się do Boga, to do kogo?

Nie wierzę w zabobony. Z powodu mojej wiary, ale też przez to, że są totalnie nielogiczne (patrz przytoczona powyżej definicja). Często robię coś wręcz na przekór i mam ubaw, gdy ktoś się przejmuje tym, że „czeka mnie nieszczęście”. Od kiedy pamiętam, nie bałam się siadać na rogu stołu i jakoś starą panną nie zostałam. :) Z drugiej strony staram się nie wariować, i gdy słyszę, że coś, co uznawałam za zwyczaj jest przesądem nie zmieniam nagle planów. Dochodzenie do prawdy i źródła danych przekonań zajęłoby chyba więcej czasu niż to warte.

A Ty jaki masz stosunek do zabobonów? Wierzysz w nie czy raczej działasz na przekór?
Jakie znasz najdziwniejsze przesądy ślubne? Ile bym nie czytała to dla mnie wszystkie są trochę dziwne. :)