Roku 2017, idź i nie wracaj! + zdjęcia Kameralowe i podsumowanie

Roku 2017, idź i nie wracaj!

with 1 komentarz

Powoli kończy się styczeń, a ja dopiero robię podsumowanie ubiegłego roku. Planowałam je już od kilku tygodni, ale wciąż nie mogłam się zebrać. Nie wykręcę się brakiem czasu. Skoro na Netflixa go znajdowałam to i na pisanie by był. Po prostu 2017 był rokiem bardzo intensywnym, stresującym i trudnym. A o takich rzeczach tak samo się pisze – trudno. Poczytajcie i obejrzyjcie zdjęcia Kameralowe.

Podsumowanie 2017 - biznesowa sesja wizerunkowa - Mocem - Ewa Olborska - Kameralowe - Miniatorski

W zeszłym roku dużo się u nas działo. To chyba najbardziej intensywny czas od początku naszego małżeństwa. Ogólnie to my jesteśmy domatorami, którym niewiele do szczęścia potrzeba. Sporo rzeczy nam nie przeszkadza. Do innych długo się zbieramy albo potrzebujemy jakiegoś konkretnego impulsu, żeby się ruszyć. No dobra, bywamy też paskudnymi leniami, przyznaję.

Remont zdominował czasowo 2017 rok

W pierwszym kwartale się do niego przygotowywaliśmy, kolejne pół roku trwał, a później urządzaliśmy wszystko trochę na nowo. Dało nam to w kość pod różnymi względami, ale też było bardzo satysfakcjonujące. Udowodniliśmy sobie, że potrafimy bardzo dużo zrobić sami. Czasem nie dawaliśmy fizycznie rady. Kiedy indziej ciężko było się dogadać ze zmęczenia, ale większość planów się powiodła. Po pogrubianiu ściany karton-gipsem miałam wrażenie, że możemy wszystko! I tak powstał stolik z resztek z kuchennego blatu, łazienkowa szafka w zabudowie z suwanymi drzwiczkami i industrialne lustro z girlandą z żarówek – coś, z czego jestem chyba najbardziej dumna (tu je całkiem dobrze widać).

Nareszcie cieszymy się swoim mieszkaniem!

5 lat czekaliśmy i zadowalaliśmy się różnymi półśrodkami, żeby w końcu się zebrać w sobie i zrobić porządny remont. Wiem, że niektórzy się dziwią, czemu nie zrobiliśmy tego wcześniej, ale dzięki takiemu odkładaniu go w czasie, mieliśmy bardziej przemyślane to, czego chcemy i całość przebiegła spokojnie pod względem finansowym – bez kredytów, pożyczek i ciułania (chociaż nie szaleliśmy z cenami produktów i polowaliśmy na promocje).

Najtrudniejsze w remoncie było funkcjonowanie w nim 24 godziny na dobę. W pewnym momencie mieliśmy w salonie całą kuchnię i łóżko – nasze jedyne miejsce do siedzenia. Tam spaliśmy, jedliśmy, pracowaliśmy i odpoczywaliśmy. Fajnie było na początku, no ale ile można?! Denerwował mnie kurz i folie, które niby przed nim chroniły. Ciężko było cokolwiek ugotować, więc nasza dieta nie była zbyt różnorodna (i zdrowa co za tym trochę idzie).

Praca zdalna w remoncie

Z jednej strony dużo nam umożliwiała – mogliśmy nadzorować prace robotników, a sami szybciej „po pracy” zabieraliśmy się za malowanie czy szlifowanie. Mimo to nasza produktywność poleciała na łeb na szyję. Nie tylko ze zmęczenia, ale przede wszystkim z braku przestrzeni, która sprzyjałaby pracy. Do „siedzenia przy komputerze” dużo nie potrzeba, ale to minimum wiele ułatwia. Ciężko mi było ogarnąć dodawanie wpisów na bloga i Facebooka z odpowiednią (według moich standardów) częstotliwością. Zawsze było w domu coś, czym mogłabym się zająć, by przyspieszyć teoretycznie zakończenie remontu. Brakowało mi też pod ręką moich notesów, w których zapisuję wszelkie pomysły i plany.

Jesienią wszystko miało się skończyć. Wyczekiwaliśmy z utęsknieniem poustawiania wszystkich mebli i życia w czystym mieszkaniu. Tęskniliśmy do wolnych i spokojnych weekendów, do pracy przy stole, do przygotowywania posiłków w kuchni i kąpieli we własnej łazience. Trochę do lenistwa, trochę do codziennej rutyny i porządku – tego mentalnego i dokoła nas. We wrześniu pojechaliśmy do Wrocławia na sesję zdjęciową z WebePartners i po powrocie miał nastąpić nasz upragniony spokojny czas…

Podsumowanie 2017 - biznesowa sesja wizerunkowa - Mocem - Ewa Olborska - Kameralowe - Miniatorski

Rodzinne problemy i ich odbicie na blogu

Niestety następnego dnia po powrocie z Wrocławia nasza spokojna wizja świata rozleciała niczym zbijane ze ścian płytki. Zaczęły się totalnie niespodziewane rodzinne problemy, które odbiły się na nas dużo bardziej niż kiedykolwiek byśmy to przewidywali. Szczegółów Wam nie opowiem, chociaż cisnęło mi się to na klawiaturę nie raz.

Wiecie, jak coś się wali w bliskich nam małżeństwach to ja to mocno przeżywam. Bo to trochę tak, jakby ktoś bliski podważył ostatnie lata mojego życia skupione własnie wokół małżeństwa – tego, które jest trwałe, daje siłę i radość. Jakby ktoś stanął na przeciwko mnie i powiedział „Ej, dziewczynko, śmieszna jesteś” i zaczął się śmiać, wytykając mnie palcem.

Odbiło się to na blogu, bo na nowo musiałam niektóre rzeczy ułożyć sobie w głowie. Przewartościować i przewertować przekonania i poukładane już dawno opinie. Poddać pod wątpliwość to, co było pewne. Pojawiły się też zagadnienia i wątki, nad którymi nigdy wcześniej nie myślałam – bo nie miałam powodu, okazji albo wiedzy, że mogą w ogóle istnieć. Życie nas ciągle zaskakuje. Nas zaskoczyło w tym roku za bardzo.

I gdyby nie te rodzinne sprawy to powiedziałabym, że miniony rok był dobry. Momentami trudny, ale bardzo dobry, aktywny i niosący wiele radości (chociaż pełnej potu i kurzu). A tak zdarzenia ostatniego kwartału niemal totalnie przekreśliły radość z 3/4 roku, w który włożyliśmy mnóstwo wysiłku. Plany przewidziane na jesień się posypały, bo nie byliśmy w stanie myśleć, o czymkolwiek innym. Powróciły problemy z zasypianiem (które już myślałam, że mam za sobą po remontowym zdrowym przemęczeniu), a melisa lała się litrami (serio! nigdy wcześniej jej tak dużo nie piłam). Mdłości dające nadzieję na ciążę, okazały się jedynie i aż nerwami. Najgorszy dźwięki jesieni to nasze telefony, które niosły nerwowe pytania „Co tym razem?”. Nie pamiętam, kiedy ostatnio się tak denerwowałam.

Ale dosyć smęcenia, bo jednak większość roku była dobra.

2017 to rok pierwszych razów

Głównie tych związanych z remontem, zakupami sprzętu domowego, wynajmowaniem ekipy budowlanej, cięciem, wyrzynaniem i sklejaniem przeróżnych powierzchni. Pewnie dzięki tej ekscytacji związanej z wykonywaniem danej czynności pierwszy raz, tak dużo udało nam się zrobić samemu. Skąd ta hipoteza? Na podstawie wypowiedzi kilku osób, które mówiły, że też robiły same gładź, ale tylko przy pierwszym remoncie. Później już im się nie chciało. ;)

Biznesy

Były też biznesowe pierwsze razy. Spotkanie networkingowe ludzi z różnych branż i biznesowe 1 na 1 (takie wiecie, z ludźmi, których się nie zna, a nie że z koleżanką blogerką kawusia i obmyślanie wspólnej akcji). Poznawanie na żywo na blogerskich konferencjach ludzi, których zna się jedynie z sieci. Całe lato było jakieś takie aktywne zawodowo – zamiast wziąć urlop i odpocząć to myśmy pracowali z nadzieją, że odpoczniemy jesienią – w wyremontowanym mieszkaniu i może gdzieś w ciepłych krajach.

Były współprace blogowe, których wydawało mi się mało, ale wyszło ok. 10, więc nie narzekam. Przed Bożym Narodzeniem miałam „prezent” w postaci rozruszanej sprzedaży puzzli dla świadków. Zamiast dużo wcześniej spakować upominki dla rodziny, ja pakowałam zamówienia, przez które miałam jeszcze mniej czasu na bloga.

Dzięki Kameralowe odbyła się moja wizerunkowa sesja zdjęciowa

To właśnie jej efekty widzicie w tym wpisie. Skoro już o niej wspominam to należą się wielkie podziękowania dla Przemka Miniatorskiego – fotografa z Kameralowe i właścicieli restauracji Na językach, którzy pozwolili nam skorzystać ze swoich wnętrz. Myślałam o takich profesjonalnych zdjęciach od dawna, ale ciągle nie było okazji. Poznaliśmy się z Przemkiem na na otwartym spotkaniu łódzkiej Areny Biznesu (gdzie nie tylko robił zdjęcia). Później przy kawie gadaliśmy o klimatycznych ślubnych sesjach w lesie, o zamku Moszna i zagranicznych plenerach. Polecam Kameralowe całym sercem. Sesja przebiegła sympatycznie, a fotograf dbał o najmniejsze szczegóły. Usuwał czerwone bieżniki ze stołów nie pasujące nam do kolorystyki kadru i co chwila kazał mi się czesać, bo mi się włosy plątały. Wtedy wydawało mi się to trochę zabawne, ale porównałam efekty z moimi innymi pozowanymi zdjęciami i teraz dziękuję za to upominanie – to miało sens. Przyjmował moje propozycje pomysłów na zdjęcia i delikatnie sugerował zmianę pozy, kiedy widział, że wyglądam mniej korzystnie niż bym mogła (zobaczyłam to dopiero, jak dostałam wszystkie robocze zdjęcia). Fotografie zostały delikatnie wyretuszowane, ale to wciąż jestem ja – nie plastikowa, ale prawdziwa.Co prawda dzisiaj mam krótsze włosy, ale z pewnością jeszcze wrócę do długości z tych zdjęć.

Czułam się dużo bardziej „zaopiekowana” w trakcie tych niespełna dwóch godzin niż podczas naszego ślubnego pleneru, który był dla mnie, jakby nie patrzeć, dużo ważniejszy (oczywiście z innym fotografem). Jestem pewna, że pary młode współpracujące z Przemkiem mają o wiele lepsze wspomnienia ze swoich sesji. Z resztą zobaczcie przykładowe zdjęcia na fanpagu lub Instagramie Kameralowe – na mnie robią wrażenie bardzo dopracowanych. Fotografie pochodzą z różnych stron Polski (a nawet świata), więc jak widzicie, miejsce Waszego ślubu czy wymarzonego pleneru nie będzie dla niego przeszkodą.

Podsumowanie 2017 - biznesowa sesja wizerunkowa - Mocem - Ewa Olborska - Kameralowe - Miniatorski

Międzynarodowy Tydzień Małżeństwa

Rok temu po raz pierwszy udało mi się włączyć w jego obchody. Zorganizowałam spontaniczną akcję blogerską, której efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Mam nadzieję, że w tegoroczną kampanię włączy się jeszcze więcej internetowych twórców. Jeśli chcesz poznać szczegóły i masz swój kawałek internetu to zapraszam na grupę Tydzień Małżeństwa w internecie. Nie musisz mieć bloga czy kanału na YouTubie, wystarczy fanpage lub aktywnie prowadzony Instagram, o ile zdarza Ci się tam pisać coś więcej niż hashtagi.

Miałam dużo innych ambitnych planów, których nie udało się zrealizować – jakieś moje pomysły, nowe współprace i artykuły pisane dla innych. Częściowo przez absorbujący remont, a później przez niemożność zajęcia myśli czymś innym niż rodzinne problemy, przy których wszystkie projekty i potencjalnie zarobione pieniądze przestają się totalnie liczyć.

Co niesie 2018?

Nadzieję na to, że będzie lepszy i spokojniejszy niż poprzedni. Cichy strach o to, że kłopoty dopiero się zaczęły i świadomość, że z ich konsekwencjami będziemy musieli żyć i jakoś to życie ułożyć. Przejść do codziennej normalności, chociaż totalnie nie wiem jak.

Weszłam w ten nowy rok z radością z urządzonego mieszkania i wolnością myślenia o naszej lokalowej przyszłości (no dobra, z pewną dozą tej wolności). Zbliżają się dwa lata od założenia naszych działalności gospodarczych, czyli kończy się preferencyjny ZUS, więc mamy przed sobą poważną decyzję, co zrobić z naszymi firmami, by zoptymalizować koszty stałe.

Chciałabym też w końcu gdzieś wyjechać, bo kolejny rok z rzędu nie udało się zrobić sobie porządnych wakacji. Były wielkie jesienne plany, które wzięły w łeb (lekko mówiąc – patrz cały tekst wyżej). Nie jesteśmy może typami urodzonych podróżników i obywateli świata, ale odskocznią od codzienności nie gardzimy. Ostatnie wakacje z prawdziwego zdarzenia mieliśmy w 2015 roku.

Podsumowanie 2017 - biznesowa sesja wizerunkowa - Mocem - Ewa Olborska - Kameralowe - Miniatorski

Po co napisałam to podsumowanie na blogu?

Trochę dla siebie, żeby w pewien sposób zamknąć zeszły rok i jak najmniej do niego wracać. Czułam, że nie ruszę dalej z tegorocznymi planami, jak nie napiszę tego wpisu. Chciałam przypomnieć sobie jak najwięcej dobra, żeby ostatnie miesiące go nie przyćmiły. Wyciągnąć fajne chwile i zrealizowane projekty – czy te zawodowe czy prywatne. I trochę po to, żeby się wytłumaczyć – z ciszy na fejsie, z rzadszych wpisów na blogu i z ich tematyki, która kilka razy straciła swoją „fajność” i swego rodzaju lekkość.

Patrząc jednak po komentarzach, których jest więcej pod trudnymi tematami, widzę, że chyba nie mam się czym przejmować i może wręcz powinnam odważniej dotykać cięższych tematów, bo to Was chyba trochę bardziej rusza. I nie chodzi mi o to, że „lepiej się klikają” czy aktywizują czytelników, ale po prostu o to, że są to tematy wzbudzające więcej emocji niż małżeńska codzienność, która jest… codzienna.