Serial „Call the midwife” – moc kobiecości

with 3 komentarze

Jakiś rok temu zachłysnęłam się serialem „Outlander”. Pisząc o nim na blogu, zwróciłam uwagę na to, jak zostało tam pokazane męstwo. Nareszcie trafiłam na film, który zachwyca mnie swoją kobiecością. Kobiecością z całym wachlarzem swoich odcieni i możliwości. Kobiecością tak różną i pełną, tak niesamowitą i tak prostą. „Call the midwife” to nie jest serial o położnych, ale o kobietach.

"Call teh midwife" - "Zawolajcie polozna" - moc kobiecosci i macierzynstwa

Polskie tytuły widziałam dwa – „Z pamiętnika położnej” i „Zawołajcie położną”

I choć ten drugi jest bardziej dosłownym tłumaczeniem angielskiego to jednak pierwszy pasuje dużo lepiej. Każdy z odcinków zaczyna się komentarzem narratora – dorosłej Jennifer Worth. To na podstawie jej wspomnień, które spisała w trzech tomach, został nakręcony serial. Bazuje on na prawdziwych zdarzeniach, jednak nie odzwierciedla ich dokładnie. Poszczególne losy i historie mieszają się ze sobą, jednak wiele z nich, przynajmniej częściowo, wydarzyła się naprawdę. Siostry, o których autorka wspomnień pisze w swoich książkach, żyją do tej pory i podobno pomagały przy kreowaniu ról widocznych na ekranach telewizorów.

Akcja zaczyna się, gdy młoda położna Jenny Lee trafia do Domu św. Nonnata (Nonnatus House) anglikańskich sióstr w Poplar – biednej dzielnicy Londynu. Są to lata pięćdziesiąte minionego wieku. W nastrojach społecznych wciąż wyczuwa się echo wojny. Siostry sprawują opiekę medyczna nad całą dzielnicą. Są położnymi i pielęgniarkami. Codziennie jeżdżą na rowerach do swoich podopiecznych i odbierają porody w domach. Prowadzą też małą poradnię dla kobiet w ciąży i dzieci.

Obecnie na ekranach jest już 6 sezon serialu. I choć skład Domu św. Nonnata się zmienia, a lata mijają, klimat filmu wciąż jest taki sam, a przywoływane historie wcale się nie powtarzają i nie nudzą. Na jeden odcinek przypada kilka porodów i jeszcze więcej życiowych sytuacji, które budzą emocje i osobiste refleksje.

„Call the midwife” to serial o pełni kobiecości

Dlaczego o pełni? Bo pokazuje bardzo różne kobiety i ich życie. Nie tylko położne i matki, jak mogłoby się wydawać. Wokół nich są jeszcze siostry zakonne, prostytutki, babcie, ciotki, córki, siostry, żony, kuzynki, matki i córki adopcyjne, nieletnie ciężarne, kobiety porzucone, biedne i bogate, bite i wspierane, kobiety pragnące podróży i bojące się wyjść z własnego domu, młodziutkie i umierające, wykształcone i analfabetki, zimne i z sercem na dłoni. Nie gorsze, nie lepsze, ale inne. I wszystkie na swój sposób kobiece.

Kobiecość w tym serialu mnie zadziwia, bo widzę ją w tysiącach odcieni. W życiu zakonnicy, wielodzietnej matki i prostytutki. Kobiecość, która łączy te wszystkie kobiety o tak różnych losach.

Kobiecość w Poplar nie jest łatwa

Jest ciężka – pełna wyzwań i rutyny, pracy i brudu. Pełna krzyku dzieci, stert prania i zmartwień o to, co do garnka włożyć. Pełna bólu rodzenia i bólu związanego ze stratą czy rozłąką, choroba i śmiercią. Ale poza tym wszystkim, jest też w niej masa miłości. Fakt, czasem trudnej, ale takiej prawdziwej. Mało tam zakochania, motylków w brzuchu i przekoloryzowanej codzienności. Na to nie ma tam miejsca. Kolory, których jest tam jednak sporo, to kolorowy papier, bibułowe dekoracje dla dzieci, wstążki we włosach dziewczynek czy pranie wiszące na sznurkach wszędzie, gdzie się da.

Kobiecość w Poplar jest pełna miłości

Miłości macierzyńskiej przede wszystkim, bo w każdym odcinku spotykamy kolejne matki – pierworódki i te, które rodzą po raz piąty czy ósmy. W ciągu niecałej godziny jesteśmy świadkami kilku porodów. Obserwujemy miłość matek do nowo narodzonych maleństw, ale też do ich rodzeństwa. I miłość matek do ojców swoich dzieci. Często tak codzienna i prosta, ale przez to jakaś taka bardziej prawdziwa. Bez pieniędzy i w małych mieszkaniach, ale z gromadką dzieciaków i ogromem szczęścia. Mimo wszystko.

W serialu jest też morze miłości siostrzanej. Takiej, którą darzą się siostry, ale i przyjaciółki. Takiej, która panuje w żeńskich zakonach. Miłości, która współodczuwa i potrafi być ofiarna do granic wytrzymałości. Miłości, która też cierpi. Miłości rozwijającej się w kobiecej wspólnocie życia, bo właśnie tak żyją kobiety w Domu św. Nonnata – zakonnice, młode i starsze położne, pielęgniarki. Razem pracują, jedzą posiłki i rozmawiają po nocach. Zwierzają się sobie, pomagają, wspierają, a czasem się na siebie denerwują, jak to siostry. W tej całej wspólnej codzienności odkrywają swoją kobiecość i powołanie.

„Call the midwife” porusza wiele ważnych tematów

W fantastyczny sposób pokazuje zmieniającą się sytuację opieki okołoporodowej. Najpierw porody domowe są normą. Później pojawia się możliwość urodzenia dziecka w szpitalu – niby bezpieczniej, bliżej wykwalifikowanego personelu i sprzętu medycznego, ale jednak nie do końca lepiej. Widać biurokrację, problem „szpitalnych zasad”, zmiany zaufanego personelu w trakcie porodu, brak „ludzkiego” podejścia do kobiet itd.

Z medycznych tematów jeszcze poruszana jest kwestia znieczuleń przy porodach, niechęci do szpitala, braku podstawowej wiedzy na temat własnego ciała. Widać dylematy lekarzy i sióstr związane z pojawiającą się antykoncepcją (z jednej strony „lekarstwo” dla biednych wielodzietnych rodzin, które decydują się na brutalną aborcję, bo nie są w stanie wykarmić dzieci, z drugiej jednak pytanie o moralność takich metod itd.). Przez kilka sezonów przewija się też wątek dzieci rodzących ze zdeformowanymi kończynami – wynik przepisywanego matkom w ciąży leku i poczucie winy lekarza, który wystawiał recepty.

Problemy związane z brakiem higieny i złych warunków mieszkalnych pokazywane są niemal w każdym odcinku. Młode położne dziwią się, jak można tak żyć, nie godzą się na niesprawiedliwość i próbują pomóc na tyle, na ile mogą. Razem z lekarzem i siostrami organizują różne akcje promujące np. mycie rąk przed posiłkiem albo szczotkowanie zębów. Rzeczy dla nas dzisiaj normalne, tak niedawno jeszcze w niektórych miejscach były uważane za nieistotne.

Trudne sprawy w latach pięćdziesiątych

Twórcy serialu nie boją się tematów trudnych i kontrowersyjnych. Pokazują je jednak w bardzo prawdziwy sposób, bez narzucania jakiś przekonań czy światopoglądu.

Bohaterami filmu są osoby upośledzone i chore psychicznie. Widzimy problemy ich bliskich, zaglądamy do ośrodków, które zajmują się takimi ludźmi. W większości są to instytucje nieprzystępne, zimne, przywołujące bardziej obraz szpitala psychiatrycznego z horroru niż miejsca, gdzie mieszkańcy czuliby się dobrze. Ale nie wszystkie takie są. W ostatnim sezonie pokazany jest ośrodek dla dorosłych z zespołem Downa, który nie traktuje ich jak chorych, ale stwarza warunki życia zbliżone do normalnych – z codziennymi obowiązkami i pracą, za którą dostają wynagrodzenie.

Pojawia się też wątek homoseksualny. Mam wrażenie, że w dzisiejszych czasach serial bez geja lub lesbijki nie ma prawa być emitowany. Chyba we wszystkich większych produkcjach ostatnich lat ta tematyka się przewija. W niektórych w bardzo naciągany, wyidealizowany albo rozerotyzowany sposób. Każdy z nich mnie razi bardzo. Tutaj jest on pokazany bardzo, bardzo subtelnie. Tak, że nieuważny widz mógłby nie wyłapać, że między z dziewczynami jest coś więcej niż przyjaźń.

Po mistrzowsku pokazana jest też starość. Siostra Monica Joan mieszka w Domu św. Nonnata, ale nie pracuje już jako położna. Czuje się niepotrzebna i próbuje się przydać jak tylko może. Czasem pamięć jej szwankuje, niektóre rzeczy się mieszają w głowie, ale wśród tych majaczeń starości, przebija niesamowity intelekt, życiowa mądrość i miłość do sióstr (chociaż wyjada im wszystkie słodycze).

Jest też coś o powołaniu. Odkrytym tak po prostu, wśród codziennej pracy, obowiązków i bliskości Boga. O jego odkrywaniu i wstąpieniu do zakonu. I też o wystąpieniu przez inną siostrę z inną historią. Pokazane jest też powołanie misyjne – zarówno świeckie jak i zakonne.

Pojawia się problem niepłodności, poronień i adopcji. Są też miłości, zakochania, zaręczyny i ich zerwanie, śluby i śmierć dorosłych i dzieci. Życie w całej swej okazałości, od początku do końca, z ogromem możliwości pomiędzy tymi zdarzeniami.

"Call teh midwife" - "Zawolajcie polozna" - moc kobiecosci i macierzynstwa

Kobiecość zewnętrzna

Kocham lata 50-te w modzie. I mimo tego, że serial opowiada o biednej robotniczej dzielnicy, to jednak modę też tam widać. Może nie taką jak z wybiegów, ale wciąż bardzo kolorową i kobiecą. Rozkloszowane sukienki i spódnice w przeróżnych wzorach, na które nie mogę się napatrzeć. Z sezonu na sezon widać zmiany w strojach codziennych, uniformach położnych, ale też w ich fryzurach (głównie u Trixie). W ogóle młode położne wyglądają jak z obrazka. Są śliczne i bardzo dużo się uśmiechają, co chyba jeszcze bardziej podkreśla ich piękno. Mają różne kolory włosów, oczu i różne figury.

Kontrastem do tych wszystkich kolorowych kiecek są granatowe habity sióstr. I one też są piękne. Znaczy się siostry. W białych welonach zakrywających włosy, podkreślone są ich twarze i cała mimika. Nawet starsze siostry wyglądają bardzo ładnie. I też się dużo uśmiechają.

Realizm „Call the midwife”

To jest ostatnia rzecz, która bardzo mi się podoba w tym serialu – wygląda bardzo realistycznie. Nie tylko jeśli chodzi o kostiumy czy scenografię, ale o aktorów. I to tych najmniejszych. Jak już wspomniałam, co odcinek to kilka porodów. Noworodek zawsze jest pokazywany, często nawet z pępowiną. Oczywiście nie z pępowiną wychodzącą z brzuszka, to miejsce jest zazwyczaj zakryte, ale jednak maluszek zazwyczaj jest przekazywany mamie jeszcze z nieodciętą pępowiną, owinięty w pieluszki czy ręczniki. Są to też zazwyczaj malutkie dzieci, a nie tak jak w niektórych filmach kobiety „rodzą” półroczne pyzate brzdące.

Porody same w sobie też uważam, że są bardzo dobrze pokazane. Kamera nie pokazuje krocza rodzącej, nie ma tam golizny. Zazwyczaj na udach kobieta ma położone prześcieradło, a główkę dziecka pokazują zawsze z boku, jak się ukazuje zza tego białego materiału. Urodzony maluch jest zakrwawiony i brudny, a mama spocona i zdyszana, a nie z nienagannym makijażem i włosami niczym prosto od fryzjera. Nie wiem, na ile jest to prawdziwy obraz porodu, ale wydaje mi się najbardziej realistyczny ze wszystkich, które widziałam w filmach.

Każdy nowy odcinek oglądam z ogromną przyjemnością i łzami w oczach (tak mniej więcej przez pół odcinka można by liczyć). Jest to jeden z niewielu filmów, które oglądam bez męża. Piotrek zazwyczaj wtedy gra, ale momentami zerka w stronę telewizora. Nie wiem, czy są jacyś panowie, którzy z chęcią by oglądali „Call the midwife”. Nie wiem z resztą, czy bym im go polecała. Na pewno jednak warto obejrzeć kilka odcinków. Chociażby w celach edukacyjnych (pamiętając jednak, że nie jest to serial dokumentalny), bo jak już pisałam przy recenzji „Położnej. 3550 cudów narodzin”, brakuje ludziom trochę wiedzy na tematy okołoporodowe.

Oglądałaś może „Call the midwife”? Jak Ci się podobało? A może dopiero zaczniesz?

A jeśli jesteś mamą, jak oceniasz realizm porodów przedstawianych w serialu?

  • Też uwielbiam ten serial, choć ubolewam, że nie jest nigdzie dostępny legalnie albo nie wiem o tym, zakup dvd przy tylu odcinkach mi się nie kalkuluje… widziałam tylko kilka i mam ochotę na więcej:) choć ryczę za każdym razem… Ze swoich porodów nie mam dobrych wspomnień. Przecudnie opisałaś, tak wieloaspektowo, rzadko spotykam takie recenzje :). Porody są realistyczne, na ile mogą, owszem, choć akurat co do jednego mam wątpliwości, w tym odcinku gdzie księżniczka wizytowała nową przychodnię i karetka nie mogła przyjechać do porodu, a jedna z położnych( ta na urlopie macierzyńskim) przyjęła poród przypadkiem przechodząc w pobliżu, z biegu, w kostiumie i kapeluszu, ostatecznie na dywanie. Ratowała życie, ale z higieną nie miało to nic wspólnego :)

  • Martyna

    Zaciekawiłaś mnie tą recenzją. :-) Gdzie można obejrzeć serial?