Ysia i Roger – zaręczyny Geek Narzeczonych

with 4 komentarze

Jestem geekiem, czyli taką mniej zaawansowaną formą nerda. Nie umiem rozpisać specyfikacji śrubokrętu sonicznego Doktora Who, nie znam nazwisk wszystkich podkomendnych Dartha Vadera i nie widziałam pierwszych odcinków serialu Star Trek. Za to oglądam całe mnóstwo seriali o zombie, czytam polską i zagraniczną literaturę fantastyczną, gram w gry wideo, planszowe i RPG. A poza tym, że pracuję zawodowo, zajmuję się też organizacją konwentów i festiwali fantastycznych.

Ysia i Roger - zaręczyny Geek Narzeczonych

Dwa lata temu dołączyłam do pewnej organizacji: Stowarzyszenia Miłośników Gier i Fantastyki „Thorn” w Toruniu. Są to świetni ludzie, których łączą podobne zainteresowania i hobby, a do tego robią wspaniałe imprezy dla fanów z całej Polski. Ot, zarażają swoją pasją innych. Kiedy ich poznawałam byłam świeżo po zakończeniu kilkuletniego związku. Postanowiłam przekształcić swoje nieszczęście w pasmo aktywności, które w żadnym miejscu nie będą skierowane na poszukiwania nowej miłości. Bawiłam się świetnie unikając wszelkich uczuciowych zobowiązań, za to zyskując wspaniałych przyjaciół i znajomych.

I właśnie dlatego z Rogerem przez pewien czas tylko się kumplowaliśmy. Widywaliśmy się głównie przypadkiem, a to na spotkaniu organizacyjnym przed festiwalem, który oboje tworzyliśmy, a to na cotygodniowym graniu w gry planszowe w siedzibie Stowarzyszenia, a to na piwie ze znajomymi. Fajnie nam się spędzało wspólnie czas, ale to było absolutnie wszystko.

Zbliżył nas do siebie przypadek. Otóż zostałam zobowiązana by obejrzeć pewien performans japońskiego tańca butoh. Pomyślałam, że poproszę o towarzyszenie przyjaciela, który studiował japonistykę.

– Hej Shin! – zaczęłam pewna siebie jak nigdy – to idziemy na ten performans?
– Em, nie, zmieniły mi się plany, ale może… zaproś Rogera?

Roger stał obok nas, popijając piwo, jak zawsze trochę niewyspany z twarzy. Niewiele myśląc, zawiedziona odmową Shina, uderzyłam do Rogera. A ten się zgodził.

Po tej „pierwszej randce” okazało się, że gramy w te same gry, oglądamy te same filmy, że jedyny podcast którego ja słucham, to jeden z jego ulubionych. On też nie obejrzał jeszcze siódmego sezonu serialu Sons of Anarchy, a produkcję The Walking Dead uważa za taką sobie „bo komiks lepszy”. Oboje cenimy sobie kontakty towarzyskie i lubimy spędzać czas aktywnie, że mamy wiele takich samych poglądów na różne sprawy związkowe i po prostu idealnie do siebie pasujemy.

Minął ponad rok. Dla mnie niewiele bo wcześniej byłam w dwóch związkach, które trwały po kilka lat. Ale był to wyjątkowy rok, w trakcie którego nie kłóciliśmy się i nie wątpiliśmy w siebie, za to każdy następny dzień był lepszy od poprzedniego. Brzmi banalnie, wiem, ale to był najwspanialszy rok mojego 27-letniego życia.

O tym jak wygrać grę życia

Tego dnia wstaliśmy późno. Była niedziela, a dzień wcześniej oboje bawiliśmy się na imprezie urodzinowej naszego Stowarzyszenia. Obejrzałam jakieś kino familijne, poczytałam książkę, zamówiłam nam obiad i ostatecznie postanowiłam obudzić Rogera, który musiał swoje odespać i odchorować. Zdecydowaliśmy, że pójdziemy na spacer na toruńską starówkę, bo akurat tego dnia, 7 sierpnia, odbywały się pokazy grupy rekonstruującej bitwę o zamek krzyżacki w Toruniu. A, że ja wielką fanką takich historycznych wydarzeń jestem to nie było mowy o innej formie spędzania czasu.

Roger poszedł pod prysznic, a ja nadrabiałam newsy w mediach społecznościowych. Gdy mój jeszcze nie narzeczony wyszedł z łazienki wywiązał się następujący dialog:

– Hej, a to ciekawe, Zwierz Popkulturalny dostała od swojego narzeczonego pierścionek z meteorytem. Kamień z kosmosu, czaisz?
– Meteoryt. Hm, ta poprzeczka jest bardzo wysoko ale jakoś dam radę.

Spojrzałam na Rogera przekonana, że to taki żart bo przecież nieraz temat zaręczyn gdzieś tam się pojawiał, ale w kontekście nieokreślonej przyszłości. Poczułam jednak potrzebę sprostowania sprawy w trakcie ubierania butów:

– Ale Ty wiesz, że ja nie potrzebuję meteorytu z kosmosu, nie? To może być całkowicie zwyczajny pierścionek, nawet odpuszczę diament.
– Wiem, ale chciałbym mieć pewność, że ci się spodoba.

Idąc przez park w stronę miasta, drążyliśmy temat zaręczyn. W zasadzie to luźno rozmawialiśmy o tym, że zaręczyny nie muszą być wielką konspiracją i planem realizowanym przez przyszłego narzeczonego. Doszliśmy do bardzo niezobowiązujących wniosków, że zaręczyny mogą być też spontaniczne, a pierścionki „tymczasowe”, czyli kupione pod wpływem chwili za mniejsze kwoty, niż potem te właściwe.

W mieście panował absolutny tłok. Nie dość, że latem toruńska starówka i tak pęka w szwach dzięki turystom, to dziś jeszcze było pełno odtwórców przebranych za krzyżaków, mieszczan i rycerzy Jagiełły. Udało nam się przejść między jeźdźcami dosiadającymi koni i stanąć z boku, obok sklepu jubilerskiego. A był to taki mały sklepik-jubiler, w którego witrynę zawsze zaglądałam, bo na wystawie mieli bardzo ładne bransoletki z niebanalnymi motywami, np. wróżki i jaszczurki. Było już po 16 w niedzielę więc sklep zamknięty, ale w głowie Rogera urodził się wtedy pomysł.

Po drugiej stronie deptaka wciąż otwarty był sklep z biżuterią, torebkami, dodatkami i innymi ozdobami. Taki typowy sieciowy, rodem z galerii handlowej, z niezbyt drogą ofertą. Roger mnie tam poprowadził, postawił przed działem z pierścionkami i kazał wybierać. Spojrzałam na niego podejrzewając, ale nie będąc pewną czy to właśnie to co myślę. W końcu ostatnią godzinę spędziliśmy na gadaniu o zaręczynach. Wybrałam więc sobie pierścionek malowany na złoto, z symbolem nieskończoności, jednolity, bez dodatkowych ozdób. Kosztował kilkanaście złotych. Wyszliśmy przed sklep, w ten toruński tłum współczesnych turystów i historycznych rycerzy. Roger wyjął pierścionek z papierowej torebki, uśmiechnął się i zapytał:

– Mam klęknąć?

– Nie, absolutnie!

Ok, wyobrażałam sobie czasami, że mi się oświadcza, ale nigdy nie sądziłam, że zrobi to pośród takiego tłumu, na środku najbardziej ruchliwego deptaka w Toruniu. Sytuacja cudownie radosna, ale i tak krępująca, skąd moja żywa reakcja.

– Będziesz moją żoną?

Wykazałam dosłownie sekundę zawahania i to nie dlatego, że miałam wątpliwości jakiej odpowiedzi udzielić. Po prostu zaskoczył mnie tak sformułowanym pytaniem! Nie „Wyjdziesz za mnie?” albo „Czy zostaniesz moją żoną?”, co w każdej książce i filmie można było zaobserwować. Pytanie zabrzmiało jakoś tak inaczej niż zawsze się spodziewałam, że zabrzmi. Finał był jednak jedyny słuszny.

– Tak, bardzo chcę.

Dałam sobie włożyć pierścionek na palec i się przytulić. A potem pozwoliłam też kupić sobie szejka w Maku, gdzie czekali na nas znajomi. Spóźniliśmy się oczywiście, ale obwieszczając im nasz nowy status związku, łaskawie wybaczyli.

Rodziców obdzwoniliśmy siedząc na ruinach zamku krzyżackiego, oglądając bitwę między rycerzami króla Jagiełły, a krzyżakami. Potem poszliśmy kupić dodatek do ulubionej gry planszowej Rogera i zahaczyliśmy o nasz ulubiony pub dla graczy Cybermachina. Siedząc pod parasolem, pijąc zimne miodowe piwo, graliśmy w nową grę i przyjmowaliśmy gratulację od każdego znajomego, który zatrzymywał się i pytał „co tam nowego?”.

Nie pamiętam czy tamtego dnia przegrałam w planszówkę, ale z pewnością wygrałam życie. Życie z absolutnie świetnym facetem, który poprosił mnie o rękę bez wielkich przygotowań i stresów. Bez ogromnego bukietu kwiatów, a z pierścionkiem za kilkanaście złotych. Za to pośród historycznego spektaklu i tłumu ludzi, którzy uśmiechali się do nas w kulminacyjnym momencie zaręczyn. Jak dla mnie: było najlepiej.

P.S. Kilka dni później dostałam właściwy pierścionek. Bardzo podobny, ale nie taki sam, więc teraz mam dwa. Oba uwielbiam!

P.S. Tłumacząc świeżo poznanemu koledze, że znam zasady gry Neuroshima Hex, bo mój narzeczony mnie nauczył, kolega odpowiedział „Ale ja znam Rogera, byłem w Cybermachinie jak świętowaliście tam swoje zaręczyny”. Cóż, jesteśmy z Rogerem Geek Narzeczonymi.

Ysia i Roger - zaręczyny Geek Narzeczonych

Bardzo dziękujemy Izie za przesłanie historii ich oświadczyn. Od momentu, gdy zobaczyłam na jej Instagramie fotkę z pierścionkiem, czekałam na ten wpis. Więcej tekstów Geek Narzeczonej znajdziecie na blogu Czarny Kotu w Internetach.
To jest post z cyklu „Mocne zaręczyny”. Może się tu pojawić także Twój opis! Wyślij Waszą historię na adres blog@mocem.pl. Nie musisz być bloggerem, nie musisz mieć talentu pisarskiego! Liczy się Wasza opowieść.
Chcemy usłyszeć każdą – tą rodem z romantycznego filmu, albo z komedii albo zwyczajną, wyjętą ze środka Waszej codzienności.