fbpx

„Być dla siebie dobrą” – co to znaczy dla Ciebie?

with Brak komentarzy

Kończy się październik ogłoszony przez Kamilę z bloga Uważniej.pl jako miesiąc dbania o siebie. W ramach jej kampanii #RÓWNOWAŻĘ powstało już 12 artykułów na temat profilaktyki higieny umysłu (fajnie to brzmi, no nie?). W wielu z nich przewija się hasło „być dla siebie dobrą”. To ważne. Tylko co to właściwie znaczy? Jak być dobrą dla siebie?

"Być dla siebie dobrą" - kampania #RÓWNOWAŻĘ

Być dla siebie dobrą – self-care, self-love, uważność i higiena umysłu

Powyższe sformułowania są coraz bardziej popularne. Nie są jeszcze oczywistością, czymś co jest normalne i naturalne, ale zaczynają wybrzmiewać w społeczeństwie. Póki co najwięcej ich widzę w internecie i wśród młodych ludzi. Na Instagramie pojawiają się hashtagi związane z dbaniem o siebie – o swoją psychikę i ciało. Jest sporo o samoakceptacji i właśnie o byciu dla siebie dobrym. Na wielu blogach przewija się ta tematyka.

Kiedy gdzieś padnie hasło związane z traktowaniem siebie z miłością (bo to o to w sumie chodzi), zdecydowana większość osób przytakuje. Zgadzamy się, że warto, że to jest dobre, że potrzebujemy takiego samozadbania. I powtarzamy to dalej – mówimy, rozmawiamy, piszemy na blogach i w mediach społecznościowych.

Scrollując Facebooka czy Instagram, te hasła migają nam przed oczami. Utrwalają nam się w głowie, a później powtarzamy je jak mantry w z góry przyjętych frazach i zbitkach wyrazowych. Przyjmujemy je jako dobre. Z dobrą intencją staramy się je szerzyć wśród bliskich i internetowych odbiorców. Rozumiemy je. Wiemy, że potrzebujemy być dla siebie dobrzy, że psychiczne samobiczowanie do niczego dobrego nie prowadzi, że tylko my jesteśmy w stanie o siebie zadbać, tak jak tego naprawdę potrzebujemy.

I tu pojawiają się schody.

Bądź dla siebie dobra

Znamy teorię. Przyjęliśmy ją jako swoją na poziomie intelektualnym. Rozumiemy. Potrafimy wytłumaczyć i o niej porozmawiać. Teoretyzujemy. Ale nie czujemy. Rozumiemy ogólnie, ale nie wiemy, co to do końca znaczy dla nas samych.

To nie jest proste. Jeśli całe życie nie zastanawialiśmy się nad tym, to nie podamy odpowiedzi w chwilę. Jeśli nikt nas w dzieciństwie nie nauczył, jak być dla siebie dobrą, nie będziemy tego wiedziały jako nastolatki i dorosłe kobiety. W okresie dorastania, kiedy bardzo tego potrzebowałyśmy, nie mówiło się za bardzo o dbaniu o swoją psychikę. Gdzieś tam temat samoakceptacji się pojawiał, ale to nie było do końca to.

Z domu wyniosłam to, żeby dbać o innych. Widziałam jak kobiety w mojej rodzinie to robiły. Czułam się przez nie zaopiekowana. Nie widziałam jednak, żeby one były dla siebie samych dobre. Były wymagające. Stawiały sobie wyzwania, nie odpuszczały i robiły wszystko, żeby było dobrze. Kiedy trzeba było, zaciskały zęby i robiły dobrą minę do złej gry. Nauczyłam się, jak być kobietą, która daje radę.

Jak być dla siebie dobrą?

Co to dla Ciebie znaczy „być dla siebie dobrą”? Zastanów się nad tym. Nie ma dobrych czy złych odpowiedzi. Każda z nas potrzebuje troszkę innego dobra od siebie samej.

Dużo zależy od tego, w jakim życiowym momencie jesteś. Czy coś zostało zaniedbane? Czujesz, że w jakimś obszarze życia jest Ci źle? Co jest dla Ciebie niewygodne? Z czym Ci ciężko?

Niestety nikt Ci konkretnie nie powie, jak być dla siebie dobrą. W internecie nie znajdziesz odpowiedzi na to pytanie. Możesz tu szukać jedynie inspiracji, podpowiedzi, co działa u innych. Twoi bliscy Ci tego nie powiedzą. Możesz ich zapytać i potraktować ich odpowiedzi jako wskazówki. Psycholog też Ci konkretnie pewnie tego nie powie, ale na pewno wskaże dobry kierunek dla Twoich własnych poszukiwań odpowiedzi.

Opowiem Ci, jak było u mnie.

Rok temu zaczęłam się nad tym zastanawiać i wciąż nie jestem pewna, jak być dla siebie dobrą

Najpierw przeczytałam o tym w książce „Nadzieja na nowe życie” (tytuł jest linkiem do mojej recenzji – koniecznie zajrzyj, bo polecam tę książkę całą sobą). Już samo jej przeczytanie w odpowiednim czasie, zmierzenie się z niektórymi tematami było takim trochę przejawem dobroci dla siebie.

Ta książka jest o staraniach o dziecko (w gigantycznym uproszczeniu). Bycie dla siebie dobrą w przeżywaniu niepłodności jest bardzo ważne. I bardzo trudne.

Paradoksalnie, kiedy masz problem z zajściem w ciążę i robisz wszystko, żeby się udało, to zapominasz o sobie. Mimo tego, że to siebie ciągle badasz, obserwujesz, dobrze karmisz i testujesz na koniec cyklu, to jednak zapominasz o sobie – o tym wszystkim, co poza niepłodnością.

Piszę to teraz z perspektywy kobiety, ale w tym wszystkim jest jeszcze mąż. On też to wszystko przeżywa na swój sposób. Jest też jeszcze Wasza relacja, która nie jest tylko staraniami o dziecko. I o tym też zdarza się zapomnieć.

Jednym z moich wniosków po przeczytaniu „Nadziei na nowe życie” było to, że powinnam być dla siebie dobra dla dziecka, o które się staramy. Żeby miało szczęśliwą mamę i niezestresowany i spięty pierwszy dom w postaci mojego brzucha. Chciałam być dobra dla siebie, ale nie dla siebie tylko dla naszego niepoczętego jeszcze dziecka.

Niedługo później usłyszałam o byciu dobrą dla siebie od pani psycholog

To nie była długa rozmowa na ten temat. Jakieś może 2 zdania i wymowny uśmiech, dający do myślenia. Pani psycholog miała trochę inne zdanie i naprowadziła mnie na bycie dobrą dla siebie samej – bo bez dziecka też jestem tego warta. Mogę być zadowolona i radosna bez zachodzenia w ciążę. Mogę robić dla siebie dobre rzeczy i poprawiać sobie humor popsuty przez kolejny negatywny test. To jest dbanie o siebie, a nie „zdrada swojego największego pragnienia”.

To wydaje się banalne i proste, ale wcale takie nie jest. Ostatnie zdanie powyższego akapitu może Ci się wydawać przesadzone i bardzo górnolotne. Niestety nie przychodzą mi do głowy inne słowa, które opisałyby to, co mam na myśli. Pisanie o tym nie jest proste, bo trzeba nazwać rzeczy, o których się nigdy nie słyszało. Nie rozmawia się o nich przy piwie ze znajomymi, w pracy czy na rodzinnych obiadach. Nie ma jakiś zdań, które powtarza się bez zastanowienia, żadnych utartych schematów na 100% pasujących, ani zbitek wyrazów, które nam się już osłuchały i nie dziwią.

Jak jestem dla siebie dobra?

Przede wszystkim ciągle się jeszcze tego uczę. Próbuję różnych rzeczy, a potem zapominam o sobie. Odnajduję się kolejny raz, zaniedbuję się i zaczynam dbać o siebie na nowo. Uczę się, że nie da się wszystkiego zrobić na raz. Pamiętam o małych rzeczach i małymi kroczkami staram się iść na przód. Z miłością do siebie i ze współczuciem.

Kinga z bloga Zaparzę Ci herbatę napisała świetny tekst o samowspółczuciu. To jest dokładnie to, czego potrzebuje kobieta starająca się długo o dziecko. Nie wyrzutów sumienia, że coś zrobiła źle/za późno/czegoś nie zrobiła, nie samobiczowania, nie ochrzaniania się w głowie, tylko właśnie samowspółczucia. Czegoś, co byśmy okazały przyjaciółce. Zrozumienia, wysłuchania, przytulenia i zadbania o siebie, a nie ciągłego rugania się myślach. Potrzebujemy być dla siebie samych dobrymi przyjaciółkami, a nie surowymi i bezwzględnymi trenerami (którzy wymagają, opieprzają i za nic nie doceniają).

Bycie dla siebie dobrą to dbanie o siebie całą. O swoje ciało, psychikę i duszę. Jak napisałam wcześniej, nie da się zrobić wszystkiego na raz, ale pomału można dbać o każdą z tych stref. Czasem naprawdę nie trzeba wiele.

"Być dla siebie dobrą" - kampania #RÓWNOWAŻĘ

Moje sposoby na bycie dla siebie dobrą:

♥ Pozwoliłam sobie na zakupy

Zawsze lubiłam chodzić po sklepach. Często szłam do centrum handlowego i po kilku godzinach wracałam z pustymi rękoma, bo nie znalazłam tego, czego szukałam, a szkoda mi było pieniędzy na „pierdoły”. Kupowałam tylko to, co było potrzebne. Z tyłu głowy miałam, żeby nie wydawać pieniędzy, bo jak będę w ciąży i przy dziecku bardziej się przydadzą. Nie kupowałam nowych ubrań ani żadnych ozdób do domu. Nie dlatego, że nie było nas na nie stać, ale dlatego, że uznawałam je za mało istotne w obliczu dziecięcych i ciążowych artykułów, które „już zaraz” będą potrzebne.

Zaczęłam sobie pozwalać na spontaniczne zakupy drobnych rzeczy. Takich typowo dla przyjemności, i żeby w domu było miło. Te wszystkie instagramowe wnętrza nie kosztują majątku i czasem naprawdę wystarczą lampki za dychę, żeby zrobiło nam się lepiej. O takie rzeczy zaczęłam dbać. Kupiłam drogie świeczki – rany, jak one pachną! Te z zeszłej jesieni jeszcze mamy, chociaż korzystaliśmy z nich dość często. Podkreślam, że dla mnie drogie, bo zaczęłam cenić swoje dobre samopoczucie, które te „głupie” świeczki mi dają.

E-book "Tajemnica trafionego prezentu" - premiera

♥ Zmieniam podejście do przygotowywania posiłków

Staram się nie myśleć o gotowaniu jak o stracie czasu. Zazwyczaj mam milion ciekawszych rzeczy niż codzienne robienie obiadu (często w jakiś sposób związanych z blogiem i mocemowym sklepem, więc dotyczących pracy). A później się wkurzam, że jemy mało urozmaicone posiłki. Próbuję więc zmienić myślenie, że czas spędzony w kuchni jest zmarnowany – to jest czas dla dobrego jedzenia.

Najłatwiej było to zrobić z pieczeniem – rok temu zaczęłam piec muffinki dla siebie. Wcześniej piekłam tylko na święta. Potrzebowałam jakiejś specjalnej okazji – teraz specjalną okazją do zrobienia babeczek jest moja ochota na coś słodkiego (i zdrowszego niż kupne, choć równie pyszne, słodycze).

♥ Pracuję nad wyrzutami sumienia

Jak już jesteśmy w temacie słodkości, to staram się dobrze odżywiać, ale i czerpać przyjemność ze wszystkich małych jedzeniowych grzeszków. Uczę się tego od mojego męża. Kiedy rok temu byliśmy na diecie, każde drobne wykroczenie było przeze mnie okupione mega wyrzutami sumienia i poczuciem porażki. Miałam wrażenie, że zawiodłam nasze niepoczęte dziecko, że dla niego nie jestem w stanie zrezygnować z kawałka ciasta…

Mój mąż zwrócił mi uwagę, że skoro już podjęłam decyzję, że je zjem, to nie ma co się dalej na siebie wściekać – na to był czas przed podjęciem decyzji. Teraz jest czas na rozkoszowanie się smakiem, na który na co dzień sobie nie pozwalam. Tak po prostu. A ja odbierałam sobie nawet tę małą radość… Staram się nad tym pracować (nad wyrzutami sumienia).

♥ Uczę się sobie odpuszczać

Jeśli chodzi o psychiczne odpuszczanie to szczytem tego był nasz wyjazd na Islandię. To była Piotrka delegacja, a ja niemal całe dwa tygodnie spędziłam w hotelu… nie robiąc nic. Najpierw się na siebie wkurzałam, a później odpuściłam. Odpoczywałam, ile mogłam. Długo spałam i brałam długie kąpiele. Przed wyjazdem mieliśmy dość trudny czas i bardzo potrzebowałam odpoczynku – zarówno psychicznego, jak i fizycznego. Dużo bardziej niż mi się wydawało.

Kiedy wróciliśmy, odżyłam. Sama z siebie wstawałam dużo wcześniej niż kiedyś. Byłam wypoczęta. Czułam się, jakby mi się mózg zresetował (w takim mega pozytywnym sensie). I chociaż wciąż mi troszkę głupio na myśl o tym, jak bardzo się wtedy obijałam, ale z perspektywy czasu widzę, że bardzo tego potrzebowałam.

♥ Dbam o swoje zdrowie fizyczne

Psychika i ciało są ze sobą powiązane dużo bardziej, niż nam się wydaje. W wakacje poświęciłam mnóstwo czasu (i pieniędzy niestety) na wyleczenie swoich zębów. Bolał jeden, a okazało się, że w kilku innych też „jest coś do zrobienia”. I teoretycznie mogłam to odłożyć w czasie, zaoszczędzić na znieczuleniach, nie robić wszystkiego jak najszybciej albo wybierać inne godziny, żeby mieć więcej czasu na pracę. Wizyty miałam w okolicach południa na drugim końcu miasta raz do 3 razy w tygodniu przez 2 miesiące. Było to trochę męczące, ale miałam poczucie, że robię dla siebie coś dobrego, zajmuję się sobą. I to było super.

Na 30 urodziny zażyczyłam sobie od męża matę do akupresury Pranamat. Długo się nad tym zastanawiałam, bo jak na „coś do leżenia”, jest to droga zabawka. Opinie w necie czytałam bardzo dobre, ale zastanawiałam się, czy nie wolałabym jakiegoś bardziej „materialnego prezentu”, np. biżuterii albo torebki. Czegoś bardziej dla przyjemności niż dla zdrowia. W końcu stwierdziłam, że będzie to zabawne, że na 30-stkę dostanę „coś na ból pleców” i jestem zadowolona. Faktycznie plecy bolą rzadziej, chociaż nie wiem, czy przypisywałabym jakieś super właściwości samej macie. Jestem zadowolona, że byłam w stanie zainwestować większą sumę w swoje dobre samopoczucie. To też znaczy dla mnie być dla siebie dobrą.

Napisałam trochę o wydawaniu pieniędzy, ale to nie tak, że tylko w ten sposób dbam o siebie, że jestem dla siebie dobra, kupując coś sobie.

♥ Naprawiam rzeczy

Zeszłej jesieni poświęciłam kilka wieczorów na… cerowanie rajstop i skarpetek. I to był czas dla mnie, w którym czułam, że się sobą opiekuję. Może to dziwne. W sumie mnie też to trochę bawi. Stwierdziłam, że głupio tak wyrzucać coś z jedną małą dziurką (kiedyś być może tak bym zrobiła). Długo nie mogłam się za to zabrać i za każdym razem, jak wyciągałam z szafki dziurawą skarpetkę, miałam słaby humor. Kiedy skończyłam, byłam z siebie bardzo zadowolona. I znowu – nie chodziło o pieniądze, ale o czynność, która kojarzy mi się właśnie z troską o bliskich, taką trochę zapomnianą. I tak właśnie zatroszczyłam się o siebie. Swoją droga, chyba muszę zrobić kolejne podejście do cerowania… :)

♥ Rzadko piszę o trudnych sprawach

Kiedyś było tego więcej, dzisiaj bardziej krążę wokół ślubnej tematyki. Ona jest zdecydowanie przyjemniejsza i to jest też moja część dbania o siebie. Nie zmuszam się do pisania o trudnościach (głównie o niepłodności), kiedy nie mam na to ochoty.

Jest jeszcze ostatnia konkretna rzecz, o której chcę wspomnieć. Taka typowo związana ze staraniami o dziecko.

♥ Robię tanie testy ciążowe

Chyba każda kobieta starająca się o dziecko, chciałaby jak najszybciej wiedzieć, czy się udało. Większość jest niecierpliwa i robi sporo testów ciążowych (podziwiam te, które czekają cierpliwie do dnia spodziewanej miesiączki). Część zdecydowanie za wcześnie, ale jednak „koleżance cioci kuzynki pani z warzywniaka wyszły piękne dwie krechy już X dnia cyklu”, więc a nuż i u nas wyjdzie wcześniej.

Kiedyś kupowałam 3 testy… a później dokupowałam kolejne. Każdy z nich to były negatywne emocje. Nie te związane z jedną kreską (do tego się trochę przyzwyczaiłam), ale z wyrzutami sumienia, że niepotrzebne wydałam kasę, że przecież wiem, że za wcześnie, że jestem głupia, bo negatywny wynik w tym dniu nic nie znaczy, że znowu nie byłam zbyt cierpliwa, itd.

Teraz kupuję na Allegro najtańsze testy i robię codziennie już kilka dni przed spodziewanym okresem. Wiem, że za wcześnie, że bez sensu, że są wadliwe (o czym się już niestety przekonałam), itd. ale uspokajają moją głowę na trochę. I to mi wystarczy. I tak co miesiąc robię testy z krwi, więc te domowe nie są dla mnie wyrocznią, ale sprawiają, że robię „coś”, że nie czekam biernie. Taki trochę efekt placebo chyba.

Nie mam wyrzutów sumienia, bo kupuję je z założeniem, że będę je robić wedle mojego widzimisię. Dlaczego? Bo taką mam ochotę i to mi robi dobrze na głowę. A są tak tanie, że nie jest mi kompletnie szkoda tych kilku złotych w miesiącu za mój względny spokój.

Nie zawsze jestem dla siebie dobra

Jeszcze nie umiem odpoczywać. Serio. Ciągle mam poczucie marnowania czasu. Szkoda mi go na odpoczynek. Mam milion pomysłów i zawsze jest coś ciekawszego i bardziej konstruktywnego, czym mogłabym się zająć. Często z braku pomysłu oglądam seriale. I chociaż je uwielbiam to jednak wiem, że fajnie by było znaleźć jakiś satysfakcjonujący sposób odpoczynku nie przed ekranem. To jeszcze przede mną.

Nie umiem też odmawiać, gdy ktoś prosi mnie o pomoc, a nie jest mi to na rękę. Jest to szczególnie trudne, kiedy jestem „ostatnią deską ratunku”. Nie potrafię postawić mojego dobrego samopoczucia, tego, że mi się nie chce, albo miałam inne (mniej poważne w moim mniemaniu) plany, nad czyjąś potrzebą.

"Być dla siebie dobrą" - kampania #RÓWNOWAŻĘ

Wpis powstał w ramach kampanii profilaktyki higieny umysłu #RÓWNOWAŻĘ organizowanej przez Kamilę – autorkę bloga Uważniej.pl

Piotrek zapytał, co ja takiego równoważę, i już wiem – emocjonalny rollercoaster niepłodności (o tym kiedyś napiszę osobny wpis). Odkryłam to po przeczytaniu tekstu Basi ze Smart Nest o stracie dziecka, w którym użyła określenia „emocjonalna sinusoida”. I chociaż nasze problemy są różne, to potrzeba zbalansowania swoich emocji jest chyba podobna.

Bycie dla siebie dobrą pomaga zrównoważyć i złagodzić to, czego nie da się uniknąć, co i tak się dzieje i i tak to czujemy. Zadbanie o siebie sprawia, że jest nam chociaż trochę lepiej. Mimo wszelkich złych rzeczy, które się dzieją w naszym życiu, mamy do tego prawo, żeby było nam po prostu lepiej i milej (i to nie znaczy, że umniejszamy swoje problemy czy odbieramy im wagę!). Komfort życia, nawet trudnego, możemy poprawić sami.

„Być dla siebie dobrą” – co to znaczy dla Ciebie?

Follow Olborska:

Blogerka i projektantka Mocem

Jestem Ewa, żona Piotra. Piszę o kreatywnych ślubach i późniejszym szczęśliwym życiu. W moim sklepie znajdziesz produkty dla małżonków, koszulki dla par i akcesoria ślubne. Bestsellerem stały się puzzle z pytaniem o świadkowanie.