Pierwsza randka i mentalne narzeczeństwo

with 8 komentarzy
Dzisiaj pierwszy dzień wiosny. To znaczy według mądrych tego świata, podobno został przełożony na wczoraj, ale sześć lat temu był właśnie dwudziestego pierwszego marca. Wtedy „zaczęła się nasza wiosna”. Jak mówi mój Mąż: „przyszła w czerwonym płaszczu z rozwianym blond włosem o oczach koloru czystego nieba”. Wtedy byliśmy na pierwszej randce i tak randkujemy już sześć lat.
mentalne narzeczeństwo
Od tamtego wieczora wszystko poszło bardzo szybko. Siedząc w herbaciarni, pierwszy raz sam na sam, rozmawialiśmy o przyszłości. Nie naszej wspólnej, ale o tym, jak sobie wyobrażamy życie, głównie tą rodzinną i domową część. Generalnie nie polecam. Myślę, że większość facetów by zwiało czym prędzej, gdyby usłyszało na pierwszej randce o ślubie i dzieciach. Piotrek nie uciekł. Co więcej, zgadzaliśmy się niemal we wszystkich fundamentalnych sprawach i poglądach. To była duża przesłanka do tego, że to jest ten właściwy facet. Nie tylko przystojny i zabawny, ale wyznający te same wartości co ja. Ideał. Tak, wady odkrywałam później, ale wcale mnie nie przestraszyły. O tych nieidealnych idealnych mężach pisałam niedawno tu.
 
Szybko poznaliśmy swoich rodziców i zaczęliśmy spotykać się na poważnie. Kilka miesięcy później zaczęliśmy przebąkiwać coś o ślubie. Oboje wiedzieliśmy, że chcemy pobrać się przed końcem studiów. No i czekałam na pierścionek. Czekałam dwa lata, choć w międzyczasie było kilka sytuacji wskazujących, że to już. Dwa lata było dla nas odpowiednie, ale patrząc na ludzi wokół, jest to raczej krótki czas (chociaż znam kilka szybszych par i wcale nie dlatego, że „wpadli”, tylko z własnej nieprzymuszonej woli).
 

Nasze właściwe, oficjalne narzeczeństwo trwało rok (i dwa dni, będąc super dokładną). Czemu piszę, że „oficjalne”? Czy jest jeszcze jakieś inne?

 
Uważam, że jest. Mentalne narzeczeństwo, w którym żyliśmy znacznie dłużej niż rok. Te dwanaście miesięcy było przygotowaniami do ślubu, organizacją wszystkiego. Psychicznie i duchowo do małżeństwa przygotowywaliśmy się (mniej lub bardziej świadomie) niecałe trzy lata, od kiedy w naszych głowach pojawiła się myśl, że jest to związek na zawsze.
 
Wiele par tak ma. Wiedzą, że kiedyś się pobiorą, czekają z jakiś powodów (bardzo różnych, często finansowych, czasem ze względu na młody wiek albo jakieś inne sytuacje), ale oni już myślą o wspólnym domu, o rodzinie, którą założą. To, jak wygląda ich związek teraz, jak się rozwija, będzie procentowało po ślubie. Bardziej lub mnie świadomie ich relacja dąży do małżeństwa. Mi bardzo dużo radości sprawiło, kiedy odkryłam taką zależność. Nie ważne, że nie miałam pierścionka, ważne było to, że mój chłopak zapewniał mnie o wspólnej przyszłości, którą razem planowaliśmy.
mentalne narzeczeństwoTakie podejście pozwala na spokojnie oficjalne narzeczeństwo poświęcić na organizację ślubu i wesela bez wyrzutów sumienia, że źle przygotowaliśmy się do małżeństwa. I nie musi to być nie wiadomo jakie przygotowanie. Bardziej chodzi mi o to, że załatwianie wszystkich formalności, pilnowanie terminów i podwykonawców może być zwariowane, stresujące i powodujące konflikty, a na pewno czasochłonne. Może wtedy brakować czasu po prostu na bycie razem, na zwykłe randki, na spokojną rozmowę, coraz głębsze poznawanie się (nie licząc preferencji kwiatowych w bukiecie ślubnym czy członków dalszej rodziny naszej wybranki czy wybranka).
 
Oświadczyny to piękny moment. Wtedy masz 100% pewność, że Twój narzeczony też tego chce (no chyba, że w grę wchodzi jakaś presja, ale to już inna bajka). Ale z drugiej strony, pewność i poczucie bezpieczeństwa nie przychodzą z pierścionkiem. Jeśli zauważycie, że Wasz związek jest na etapie mentalnego narzeczeństwa, chociaż pierścionek jeszcze nie jest kupiony (a raczej ofiarowany, bo kupiony może i jest), możecie tylko zyskać. Jeśli druga strona równie entuzjastycznie podejdzie to tego terminu, to możesz mieć niemal pewność, że jesteście coraz bliżej zaręczyn.
 
Oczywiście mnóstwo ludzi może się ze mną nie zgodzić, wiec chciałabym podkreślić na koniec jedno założenie. To, co piszę, odnosi się do osób, którym zależy na ślubie, które wiedzą, że chcą założyć rodzinę i żyć w formalnym (i/lub sakramentalnym) małżeństwie. Inni, którzy nie są przekonani, czy ślub jest dla nich, raczej nie byliby zachwyceni mentalnym narzeczeństwem przed ślubem, którego jeszcze nie są pewni.
 

Mentalne narzeczeństwo – myślisz, że coś w tym jest?

Czy może narzeczeństwo to narzeczeństwo, a wcześniej nie ma co myśleć o ślubie?