fbpx

Teneryfa naszymi oczyma

with 11 komentarzy

Zastanawiałam się, czy w ogóle pisać o naszych wakacjach na Wyspach Kanaryjskich na blogu. Żadni z nas tam podróżnicy, żeby zagraniczne hotele oceniać. Nie jesteśmy też zwolennikami totalnego pójścia na żywioł. Wręcz przeciwnie, tym razem poszliśmy trochę na łatwiznę.

Teneryfa Olborscy

Urlop to jednak niezwykły czas dla młodego małżeństwa. Czas, w którym jesteśmy ze sobą rzeczywiście 24 godziny na dobę. Nie chodzimy do pracy, sami organizujemy sobie rozrywki, które nam obojgu będą pasować. Poznajemy nowe miejsce razem i mamy jedną długą randkę. Bez gotowania, sprzątania, prasowania, prania i wszystkich tych domowych obowiązków, o które można by się pokłócić. Czy będzie to randka udana zależy tylko od nas. Nawet najpiękniejsze otoczenie nie zrobi tego za nas. Ono poprawia jedynie wygląd zdjęć a nie jakość relacji. :) Serio, fotki zrobione w słoneczne dni na tle palm i kaktusów wychodzą 100 razy lepiej niż te z wulkanicznej plaży bez słońca.

Teneryfa we wrześniu?

Początkowo urlop zaplanowaliśmy na koniec sierpnia. Ustaliliśmy mniej więcej budżet. Najpierw sprawdzaliśmy różne oferty w internecie, później poszliśmy do dwóch biur podróży, gdzie panie zwróciły naszą uwagę na kilka szczegółów, o których wcześniej nie myśleliśmy. Nie mam wyrobionego paszportu, więc mieliśmy ograniczone możliwości. Mieliśmy wybierać między Chorwacją, Bułgarią i Czarnogórą. W jednym z biur pani zaproponowała nam Teneryfę. Okazało się, że była nie dużo droższa, a zdecydowanie bardziej egzotyczna. Kiedy mieliśmy już potwierdzić wyjazd z jednego z biur, sprawdziłam na ich stronie szczegóły oferty. Okazało się, że przy rezerwacji online mają promocję i kolejny rabat na wrześniowe terminy. Kupując wycieczkę dla dwóch osób, udało nam się oszczędzić kilkaset złotych.

Wrzesień to też dobry czas na Teneryfie ze względu na pogodę. Najniższa temperatura to było jakieś 21°C w noc wyjazdu, najwyższe nie doszły do 40°C. Było ciepło, ale ciągle wiał delikatny, przyjemny wiatr. Jak dla mnie pogoda idealna!

Teneryfa Puerto de Santiago Los Gigantes

Nasz pierwszy raz

A nawet kilka pierwszych razów. Mój lot samolotem, kąpiel w ocenie, wulkaniczny piasek, wyżywienie all inclusive.

Przede wszystkim nasze pierwsze zagraniczne wakacje. Rozpatrywaliśmy organizację wszystkiego samemu, ale ostatecznie się poddaliśmy i, jak pisałam we wstępie, poszliśmy na łatwiznę, wykupując wycieczkę w biurze podróży. Uważam, że to była dobra decyzja. Mieliśmy zapewniony transport do hotelu i później na lotnisko, mogliśmy kupić bilety wstępu bez kolejek u rezydentki. Nie martwiliśmy się pierdołami, a jednocześnie i tak nikt nam się nie wtrącał w nasz wypoczynek. Nie wiem czemu, ale miałam takie wyobrażenie zorganizowanych wyjazdów. Kojarzyły mi się z wiecznymi animacjami, za którymi za bardzo nie przepadam i nudnymi wycieczkami z przewodnikiem. Zupełnie nie odczułam tego, że przyjechaliśmy z jakąś większą grupą. Może przez to, że byliśmy jedynymi osobami z grupy, które zostały zakwaterowane w naszym hotelu?

Pokój z widokiem na ocean i Los Gigantes

Przez to, że nikt inny z naszego lotu nie wysiadł z nami do hotelu, obawiałam się, że będzie on jakąś straszną i najtańszą norą, do której nikt nie chciał przyjechać. Autokar podrzucił nas późnym wieczorem, na pewno było jeszcze przed północą. Miłym zaskoczeniem był pełen aneks kuchenny, dwie łazienki, salonik, sypialnia na antresoli i taras. Było zupełnie ciemno i nie byliśmy pewni, na co mamy widok z balkonu. Rankiem nasze przewidywania okazały się prawdziwe. Przywitał nas widok spokojnego Atlantyku, w oddali widoczna sąsiednia wyspa La Gomera i po prawej piętrzące się klify Los Gigantes. Najlepszy widok, jaki mógł się nam trafić. Co ciekawe, zamawiając wycieczkę, mogłam kliknąć opcję „pokój z widokiem na ocean” i dopłacić około 100 zł od osoby. Nie zrobiliśmy tego, a i tak się nam poszczęściło i uznaliśmy to po prostu za przemiły zbieg okoliczności. Przemiły i bardzo romantyczny. Zachody słońca były piękne. Dzięki takim widokom miło spędzało się czas nawet w pokoju hotelowym (kiedy wieczorem padałam z sił po zwiedzaniu).

Teneryfa hotel

Puerto de Santiago

Tak nazywa się miejscowość, do której trafiliśmy. Nie jest to turystyczne centrum, ale wcale nam to nie przeszkadzało. Jedyny minus to mniej plaż. Mniej, bo tam nie jest tak, jak nad polskim morzem. Nie ma jednej długiej plaży, która ciągnie się wzdłuż całego wybrzeża. Teneryfa ma trochę bardziej poszarpaną linię brzegową, z klifami i skałami.

Puerto de Santiago jest uroczym małym miasteczkiem położonym na zachodzie wyspy. Różnice wysokości terenów są tam znaczne. Praktycznie cały czas idzie się w dół lub pod górę. Nawet po dniu spacerów i plażowania byłam mocno zmęczona. Raz późnym wieczorem poszliśmy na spacer w górę, w stronę klifów. Miasteczko wyglądało przepięknie.

Teneryfa Puerto de Santiago

Kąpiele w Atlantyku

Ocean to było coś. Zupełnie inne wrażenia niż po kąpieli w Bałtyku i to z kilku względów. Jak wspomniałam wcześniej, same plaże mocno różnią się od tych polskich. Oprócz tego, że są dość małe, większość z nich jest czarna – jest to piasek wulkaniczny. Nie potrafiłam sobie tego zupełnie wyobrazić, zdjęcia nie oddają w rzeczywistości jego wyglądu. Kiedy weszliśmy na plażę pierwszy raz, świeciło mocno słońce, a piasek delikatnie się mienił w jego świetle, wyglądał trochę jak czarodziejski pył z bajek. No dobra, wymieszany z popiołem. ;) Jest trochę cięższy niż nasz biały nadmorski piasek. Mimo wiatru, nie były potrzebne żadne parawany, a ja nie wnerwiałam się, jak tylko ktoś przechodził obok naszych ręczników i nieumyślnie na nas sypał.

Plaże głównie piaskowe, które z boku przechodzą w kamienie i skały. Dno oceanu na tych plażach, na których byliśmy było piaskowe, ale kamienie też się zdarzały. Duże fale wchodzące na plażę, po załamaniu zabierały ze sobą małe kamyczki, które dość mocno uderzały o nogi. Przyznaję, że miałam kilka zadrapań. Jednak gumowe buty do kąpieli by się przydały.

Teneryfa plaże

Sama woda dużo bardziej słona niż się spodziewałam. Kiedy po kilku godzinach oblizywałam usta, wciąż czułam posmak soli. Czasem nawet była ona widoczna na rękach. Woda wysychała, a kryształki soli osadzały się na włoskach. Włosy po takich kąpielach były nie do rozczesania, wiec cały dzień chodziłam w koczkach.

Piotrek jest fanem nurkowania, więc wzięliśmy ze sobą płetwy, maski i rurkę. Moja maska została porwana przez silną falę oceanu, która zmiotła mnie z powierzchni, trochę rozebrała i przemieliła we wszystkie strony. Kiedy wstałam po masce nie było ani śladu. Miałam ją założoną normalnie na twarz, a nie tylko na czoło, więc nie wiem, jak to się stało. Chwilę wcześniej woda zabrała moją śliczną zieloną gumkę – sprężynkę. Będę tęsknić za nimi. Chociaż nie… za gumką nie. Już mam nową. A raczej trzy. I to w promocyjnej cenie. :)

Teneryfa Ocean Atlantycki

6 pełnych dni = 3 dni aktywne + 3 dni odpoczynku

Być może dlatego nasz termin był trochę tańszy. Wylądowaliśmy po godzinie 21, a wyjeżdżaliśmy z hotelu o 4:25, więc z 8 dni zrobiło się 6. W sumie trochę przypadkiem udało się zrobić tak, żebyśmy na przemian zaliczali większe atrakcje i odpoczywali w okolicy. Żeby zwiedzić całą Teneryfę, trzeba by spędzić tam chyba co najmniej dwa tygodnie. Jest co oglądać. Przez obecność wulkanu pośrodku wyspy, są tam 2 strefy klimatyczny, a roślinność można podzielić na 6 głównych obszarów ze względu na wysokość nad poziomem morza. Nie wiem, ile widzieliśmy, ale roślinność i krajobraz rzeczywiście jest zróżnicowany.

Siam Park

Największy aquapark w Europie. Niewątpliwie warto go zobaczyć i spędzić tam trochę czasu. Kilka godzin zajęło nam zjechanie z prawie wszystkich 9 zjeżdżalni, kąpiel w basenie ze sztuczną falą i przepłynięcie sztucznej rzeki. Nie zjechaliśmy tylko z najwyższej Tower of Power, która ma wysokość 8 pięter i jest najzwyklejszą, prostą zjeżdżalnią. Końcówka zjazdu przebiega przez basen z rekinami, ale podobno i tak ich nie widać, bo woda zalewa oczy. Oglądaliśmy to z zewnątrz i faktycznie ciężko tam coś dojrzeć. Nie wspominając już o prędkości, z jaką się leci. Umarłabym chyba, gdybym miała zjechać. Z resztą umierałam kilkukrotnie, na większości zjeżdżalni. Wszędzie (oprócz tej najwyższej) zjeżdża się na pontonach – pojedynczych, podwójnych lub czteroosobowych. I trzeba się trzymać uchwytów. Nie raz bym spadła, gdybym się nie trzymała. Było fajnie, ale nie wiem, czy jeszcze raz dałabym się namówić.

Teneryfa Siam Park

Cały teren pokryty jest piękną roślinnością, palmami i kwiatami. Jest tak gęsto, że ciężko tak naprawdę dokładnie obejrzeć zjeżdżalnie. Widzisz, gdzie wylecisz i którymi schodkami masz iść na górę, ale w sumie to nie wiesz, co Cię czeka po drodze. Polecam obejrzeć filmiki i zdjęcia z ich strony robione z lotu ptaka, nasze oddają urok miejsca, ale nie pokazują całych zjeżdżalni. Chyba dlatego dałam się namówić na wszystko (Tower of Power nie liczę, ją było widać całą). Emocje niezapomniane. Kiedy zasypiałam w łóżku, co jakiś czas przypominało mi się wrażenie bezwładności, które towarzyszyło na zjeżdżalniach… Trochę przerażające, ale polecam. ;)

Teneryfa Siam Park

Teneryfa Siam Park

Loro Park

Takie wielkie i piękne zoo. :) Właściciel ten sam, co Siam Parku, więc jest ślicznie. Dużo gęstej roślinności, część poświęcona storczykom i mała dżungla. Oprócz tego wszystkie wybiegi dla zwierząt wyglądały duże lepiej niż te polskie – jakby nie patrzeć słońce i żywe kolory roślinności robią swoje.

Teneryfa Loro Park

Teneryfa Loro Park

Teneryfa Loro Park

Loro to po hiszpańsku papuga i od tych zwierząt zaczęto rozbudowę całego parku. Faktycznie, mają mnóstwo gatunków papug. Małych i dużych, jednobarwnych i kolorowych. Nie wiem, jakie zwierzęta były kolejne, ale niewątpliwie największą atrakcją są tam pokazy: delfinów, orek, lwów morskich i papug. Te ostatnie, chociaż gadające, zrobiły na mnie najmniejsze wrażenie.

Teneryfa Loro Park

Teneryfa Loro Park

Teneryfa Loro Park

Lwy morskie klaskały i bawiły się piłkami, orki skakały i chlapały widownię ogonami lub bocznymi płetwami. I to nie trochę, ale tak, że ludzie siedzący najbliżej akwarium, byli cali mokrzy. Cali. Naprawdę. Byłam zdziwiona, że orki są tak duże… Wydawało mi się, że są tylko trochę większe od delfinów. One urzekły mnie chyba najbardziej. Było ich aż 9. Skakały w przeróżnych konfiguracjach, wzdłuż basenu, pojedynczo, podwójnie, potrójnie, nad poprzeczką, przez kółko, do piłek, do góry brzuchem. Oprócz tego trenerka pływała, trzymając się płetw dwóch delfinów, później „surfowała”, stojąc na jednym, a w międzyczasie dwa razy delfiny wyrzucały ją powietrze – trzymała stopy na ich pyskach, a one ją pchały. Jeden z nich ciągnął też mały ponton, w który wsiadł mały chłopiec z widowni. Później mógł je głaskać. Czad! Must see na Tenrefyfie!

Teneryfa Loro Park

Teneryfa Loro Park

Na szczególną uwagę zasługują pięknie przygotowane akwaria. Oprócz kolorowych rybek na tle rafy można zobaczyć przeróżne meduzy. Jest też kilkunastometrowy przeszklony tunel w akwarium w rekinami. Spodziewałam się czegoś bardziej „wow”, ale i tak było fajnie. Plus za akwaria w kształcie tub, a nie tylko wbudowane w ściany.

Teneryfa Loro Park

Teneryfa Loro Park

Wąwóz Masca

Wybraliśmy się tam ostatniego dnia pobytu. Była to zdecydowanie najintensywniejsza wycieczka. W niedzielę po śniadaniu pobiegliśmy na Mszę po hiszpańsku (później barman się pytał, czy coś rozumieliśmy :)), potem biegiem do hotelu się przebrać i zabrać plecak, znowu niemal biegiem (przypominam o zróżnicowanym terenie w Santiago!) do portu w Los Gigantes. Tam wsiedliśmy na łódkę i wypłynęliśmy na ocean w poszukiwaniu dzikich wielorybów i delfinów. Widzieliśmy całe stado delfinów. Co chwila jakieś przepływały w pobliżu łódki, a kiedy odpływaliśmy, dwa z nich wyskoczyły w powietrze jak na pokazie w Loro Parku. Widzieliśmy też coś większego, ja obstawiam, że był to jeden z mniejszych gatunków wielorybów z małym wielorybkiem, z którym pływał ciało do ciała. :)

Teneryfa oglądanie delfinów

Dopłynęliśmy do plaży Masca Bay. Najpiękniejsza plaża, na jakiej byliśmy. Skorzystaliśmy z jej uroków i kąpaliśmy się dłuższą chwilę. Jej piaszczysta część, była taka także pod wodą, więc nic nam nie raniło stóp. Przez to, że kąpało się mniej osób, woda była mniej zmącona i bardziej przejrzysta, a fale tak samo duże. Unosiłam się na wodzie, widząc swoje stopy i piękne kamieniste dno jakiś metr lub więcej poniżej. Tam, gdzie dotykałam stopami, był tylko przyjemny piasek.

Łodzie podpływają do kamiennego pomostku, wokół którego woda jest już głęboka i dość spokojna. Wiele osób skakało z niego, inni podziwiali dno – jak w filmach – widoczność na dobrych kilka metrów i małe rybki wkoło. Piotrek przeżywał, że nie wziął ze sobą maski. Tak bardzo, że aż pożyczył od jakiegoś chłopaka.

Teneryfa plaża Masca Bay

Później rozpoczęliśmy wędrówkę wąwozem w górę aż do wsi Masca, podobno starej kryjówki piratów. Świetna trasa. Czułam się jak dziecko na placu zabaw. Wchodziliśmy po kamieniach, często trzeba było trzymać się także rękoma i kombinować, jak wejść. Przechodziliśmy pod głazami i w gąszczu trzcin (ktoś wie, jak się nazywają konkretnie te rośliny ze zdjęcia?). Nie raz przekraczaliśmy strumyk. Początkowo szło się przyjemnie. Droga była bardzo ciekawa, czasem musieliśmy dosłownie jej szukać, bo nie jest zbyt dobrze oznakowana. Zmiana wysokości terenu była dość stopniowa i delikatna, dopiero pod koniec, kiedy widzieliśmy już pierwsze domostwa wioski, zaczęły się schody. Dosłownie i w przenośni. Byliśmy już dość konkretnie zmęczeni, więc każde z nas przeszło swój mały kryzys i powoli szliśmy dalej. Na szczęście większość drogi idzie się w cieniu, więc jest dość przyjemnie.

Teneryfa wąwóz Masca

Na pewno trzeba mieć ze sobą sporo wody i odpowiednie buty. Nam dobrze sprawdziły się adidasy, ale zimą, kiedy jest bardziej deszczowo, lepiej wyposażyć się w buty trekkingowe. Jakiekolwiek odkryte buty, sandały czy klapki zupełnie odpadają. Już nasze mięciutkie adidasy okazały się dla mnie zbyt miękkie, kiedy osunęła mi się stopa i całym ciężarem ciała spadłam na palce u nogi, w czym stopę miałam pionowo ustawioną do podłoża, jak baletnica. Dotarłam do końca wąwozu, ale cieszę się, że to był ostatni dzień wyjazdu. Duży palec pobolewa mnie do dziś.

Teneryfa wąwóz Masca

W wiosce kupiliśmy większość naszych „pamiątek”: dżemy wyrabiane na miejscu – z kaktusa, fig, bananów (pycha, smakuje jak jakiś bananowy mus) i tropikalny, mydło o zapachu wina z hasłem „winoterapia” i Ronmiel – bardzo smaczny rum z miodem. Do Puerto de Santiago wróciliśmy taksówką, za którą zapłaciliśmy kilka euro więcej niż wydalibyśmy na autobusy, ale zaoszczędziliśmy dużo czasu, bo busami musielibyśmy objechać z pół wyspy, żeby dotrzeć do hotelu.

Teneryfa wieś Masca

Pamiątki z Teneryfy

W sumie większość to różne spożywcze produkty. Jak wspomniałam wyżej, dżemy, mydełko i Ronmiel. Oprócz tego znaleźliśmy jakieś kanaryjskie białe wino w pięknej butelce, sok palmowy, trzy słoiczki hiszpańskich sosów, krem aloesowy dla babci i trochę wulkanicznego piasku skradzionego z plaży pod osłoną nocy. Przyznaję się. Na lotnisku jeszcze zdecydowaliśmy się na likier bananowy. Jakoś te banany mi zasmakowały. Może to te plantacje ułożone schodkowo, które zajmowały wielkie połacie gruntów poza miasteczkami. Zawsze, kiedy przejeżdżaliśmy obok, wypatrywałam kiści bananów.

To był chyba pierwszy wyjazd, na którym nie ciągnęło mnie do sklepów. Kiedy trafiliśmy do alei handlowej w Playa de la Americas po przeżyciach w Siam Parku, nie miałam siły i ochoty oglądać ciuchów i kosmetyków. No jak nie ja!

Co nas zaskoczyło?

Pierwszy raz leciałam samolotem, więc zaskoczyło mnie to, że ta cała oprawa i wszystko na lotnisku trwa tak długo. Masakra jakaś. Rozumiem, że ma to sens, ale było nudno po prostu. W drodze na Teneryfę mieliśmy wyznaczone miejsca jedno za drugim. Obok Piotrka, po drugiej stronie przejścia siedział starszy pan. W sweterku i kamizelce, siwiutki. „Pewnie się boi, tak jak ja. Biedny, sam leci” – tak myślałam. Przed startem zapytał po angielsku, czy chcę się przesiąść, żebyśmy mogli rozmawiać z Piotrkiem. Powiedział, że wraca do domu z Ukrainy, gdzie uczył się języka. Hiszpański dziadek, który wyglądał jak polski i na pewno leciał samolotem więcej razy niż ja… :)

Bardzo miłą niespodzianką był pokój z widokiem na ocean i zachody słońca.

Teneryfa zachód nad Atlantykiem

Woda z kranu. Fakt, że nie można było jej pić, rozumiem, ale to, że po przegotowaniu była tak samo ohydna? Fuj! Nawet zrobiona z niej herbata była okropna. Dobrze, że napoje mogliśmy brać z baru bez ograniczeń.

Kamienie w oceanie. Myślałam, że skoro plaże są piaszczyste, to nie potrzebujemy gumowych butów do pływania. Myliłam się.

Moje różne drobne poparzenia słoneczne. Już wszystko ok. Tylko skóra schodzi…

Palmy daktylowe w miasteczkach.

Polacy. Wszędzie Polacy i trochę Anglików. Nawet kelnerka w naszym hotelu była Polką.

Brak owadów. To było wspaniałe. :)

Zielone papugi w środku miasta. Jak u nas gołębie przelatujące stadkami.

Hity wyjazdu

Sangria. Piliśmy ją do obiadu, kolacji i kiedy się dało. Uwielbiam ją! Pierwszy raz piliśmy ją nie tylko z pomarańczami i cytrynami lub limonką, ale też z jabłkiem.

Duże szybkoschnące ręczniki z mikrofibry. Po zwinięciu zajmowały trochę więcej miejsca niż półlitrowa butelka. Duże lżejsze niż klasyczne ręczniki. Łatwo czyściło się je z piasku. Na plażę idealne. Mój brat mówi, że nie są zbyt chłonne, ale przy upałach nie było nam to bardzo potrzebne. Sprawdziły się idealnie.

Nasze Adidaski. :D Oboje mamy Climachill Rocket Boost. Kupiliśmy do biegania, chociaż za często nie biegamy. Na Teneryfie sprawdziły się w 100%. Myślałam, że większość czasu będę chodzić w sandałkach, ale obtarły mnie pierwszego dnia, a drugiego poparzyłam sobie stopy słońcem w Siam Parku, więc musiałam je schować. Ten cały system Climachill faktycznie działa i jest niesamowity. Jak wieje wiatr, czuć go na palcach stóp. Cała podeszwa jest z gąbki, więc chodzi się bardzo mięciutko. Idealne na dłuższe spacery. A że dodatkowo sa piękne to już inna sprawa. :D

Plaża w Masca Bay. Najpiękniejsza plaża z tych, które widzieliśmy. Jak z filmu!

Zachody słońca nad La Gomerą. Rejs po Oceanie Atlantyckim w poszukiwaniu dzikich delfinów. Delfiny w Loro Parku. Emocje ze Siam Parku. Papugi w centrum miasta. Upał i delikatny wiaterek…

Teneryfa - nasze hity

Podsumuję nasz wyjazd bardzo krótko. Chętnie wybrałabym się na Teneryfę jeszcze raz. Tym bardziej, że nie byliśmy na wulkanie Pico del Teide. :)
Ktoś z Was był albo planuje wyjazd na Teneryfę?

Follow Olborska:

Blogerka i projektantka Mocem

Jestem Ewa, żona Piotra. Piszę o kreatywnych ślubach i późniejszym szczęśliwym życiu. W moim sklepie znajdziesz produkty dla małżonków, koszulki dla par i akcesoria ślubne. Bestsellerem stały się puzzle z pytaniem o świadkowanie.