fbpx

Ania i Damian – podstępne zaręczyny

with 12 komentarzy

Kiedyś (czyt. za czasów gimnazjum, liceum) marzyłam o romantycznej miłości, zaczytywałam się w powieściach Jane Austen i czekałam na Pana Właściwego (ang. „Mr. Right”). Z każdym kolejnym łomotaniem serca i wyrywaniem się z piersi, myślałam, że to właśnie ten. Przyszedł czas studiów i stałam się typową, cyniczną, sfeminizowaną (zgorzkniałą?), niezależną (bardziej samodzielną) kobietą.zaręczyny Ani i Damiana

Pojawił się co prawda nie Ten, ale obiecał gruszki na wierzbie i mnie kupił. No dobra, nie było aż tak naiwnie. Od pierwszego spotkania w relacji chłopak-dziewczyna, zaczął wypowiadać moje niewypowiedziane myśli, pytać o moje marzenia: „Chciałabyś być taką żoną i mamą, która nie musi pracować, może zająć się domem i dziećmi?” etc. W ten sposób zaczęło się nasze mentalne narzeczeństwo, świadomość, że trafiliśmy na kogoś, kto podziela nasze życiowe cele i wartości.

Zaręczynami szczuł mnie od samego początku, nie wiedząc, jak jest to krzywdzące. On opowiadał o ślubie, a ja od razu wyszukiwałam sale, sukienki (Jane Austen powiedziała, że myślenie kobiety błyskawicznie przechodzi od zakochania po ślubny kobierzec). Zrozumiał i przestał. Temat wrócił, gdy podjął się dobrej i stabilnej pracy: „Poczekaj do wypłaty.”, „Za miesiąc mam wypłatę.”, „Porozmawiamy po piątym.” – uznałam to za kolejne szczucie. Co więcej, ze względu na prostolinijność Damiana i ogromną szczerość, byłam przekonana, że wszystko ze mną skonsultuje (aka. zero niespodzianki), co potwierdzał słowami, że jak przyjedzie to pójdziemy razem wybrać pierścionek – „Przecież nie ważna jest taka tradycja. Sama to powtarzasz, że nie trzeba robić jak inni.”.

pierścionek Ani

Przyjechał do mojego miasta rodzinnego na imieniny mojej Mamy i w sprawie spotkania z klientem biznesowym. Zaczął marudzić, że w taki upał musi się ubrać w garnitur, bo to poważna rozmowa. Wybiłam mu to z głowy (30 st. C to nie przelewki). Poszliśmy na starówkę odebrać kwiaty dla Mamy (czujecie już podstęp?) i  gdzieś usiąść zanim zadzwoni szef i powie, w którym dokładnie miejscu mają się spotkać. Nie pierwszy raz jechał gdzieś w ciemno, a moją Mamę uwielbia, więc tylko nieświadomość mi wyrzucała: „Szkoda, że nie umie zaplanować takiej niespodzianki, że te kwiaty to dla Ciebie i wcale nie musi spotkać się z szefem”. Nie pozwolił mi wejść do kwiaciarni, twierdząc, że w takich sytuacjach zbyt często przejmuję inicjatywę i odbieram mu męskość (fakt). Wyszedł, a ja zaczęłam lamentować, że kwiaty umrą w takim gorącu, że ja po tym spotkaniu nie pójdę z tym wiechciem do żadnego centrum handlowego (tak się wcześniej umawialiśmy) i że mi głupio, bo co innego jakby to były kwiaty dla mnie, a tak paradować z wielkim bukietem róż to dziwnie. Biedak znosił to w milczeniu.

Przeszliśmy po pięknym mostku i już mamy z niego schodzić, a ja czuję, że Damian osuwa się w dół. Z całych sił go powstrzymałam: „Szczuja! Nie rób takich żartów w miejscu publicznym!”. Uśmiechnął się pod nosem, przeprosił i zaczął marudzić, że mu się chce pić. Weszliśmy na taras pierwszej lepszej kawiarni i poszedł zamówić lemoniady. Wrócił. Usiadł. Powiedział, że te kwiaty nie dla Mamy, a dla mnie i że coś jeszcze ma. Uklęknął. Nie przejmował się dalszym ciągiem lamentacji, żeby tak sobie nie żartował, bo to nie jest śmieszne i zadał TO pytanie. Wyzwałam go od szczuj (święty ten człowiek, który mnie znosi) i się zgodziłam. Jak mogłam się nie zgodzić? Co prawda, stwierdziłam, że to jest ostateczne wyrwanie mnie z dzieciństwa i pytałam, czy to jest TEN moment, czy TO się dzieje naprawdę, bo moje serce zalała fala spokoju. Były i łzy radości, ale tak wszechogarniającego spokoju w sercu dawno nie przeżyłam.

oblubieniec

Reszta wydarzeń jest pięknym dopełnieniem. Spacer po pięknie zrewitalizowanej Wyspie Młyńskiej, moczenie nóg w pięknej kaskadzie wodnej, piękna ukraińska restauracja i danie, przez które Damian nie zapomni tego miejsca (biedaczek zamówił Ucha nieświadomy, że to znielubiona przez niego zupa rybna), wieczór z rodzicami tak piękny jak nigdy, choć całkiem zwyczajny i spokojny. Piękno i spokój.

Następnego dnia prawie spóźniliśmy się na pociąg do Sopotu, staliśmy w korytarzu całą drogę, żeby powylegiwać się w spokoju na plaży i pocieszyć tylko swoją obecnością.

Długo mogłabym pisać… Wspomnienia te są zupełnie świeże. Nie minął nawet miesiąc. Chciałabym, aby nasze wspólne życie było tak piękne i pełne pokoju, jak był ten moment.

Teraz nie pozostaje nic innego, jak przygotować się do małżeństwa i wykorzystać ten święty czas narzeczeństwa.


Dziękujemy Ani i zachęcamy do odwiedzania Predylekcyjnego Bloga. Na ostatnim zdjęciu Damian ma na sobie koszulkę z napisem „Oblubieniec” z naszego sklepu, którą dostał od Ani. <3
To jest post z cyklu „Mocne zaręczyny”. Jeśli chcesz opowiedzieć nam swoją historię napisz do nas na adres blog@mocem.pl.
Nie musisz być bloggerem, nie musisz mieć talentu pisarskiego! Liczy się Wasza opowieść.
Chcemy usłyszeć każdą – tą rodem z romantycznego filmu, albo z komedii albo zwyczajną, wyjętą ze środka codziennego życia.