Górskie wspomnienia sprzed mojego męża

with Brak komentarzy

Był taki czas w moim życiu, który spędzałam w Tatrach. Dwa razy w roku, zimą i latem, jeździłam do Białego Dunajca na wyjazdy ze znajomymi, przyjaciółmi, podopiecznymi i obecnym proboszczem mojej parafii. Z wielką nadzieją i drżącym nastoletnim sercem czekałam na kolejny wypad w góry. To, co się tam działo, było dla mnie ważne. Dzisiaj pozostały wspomnienia. Bez mojego męża…

górskie wspomnienia

Gimnazjalistka z sercem w plecaku

Wszelkie kolonie i obozy to był dla mnie czas przede wszystkim intensywnie spędzany z paczką znajomych i przyjaciół. Cokolwiek by się nie robiło, jakkolwiek ciekawe miejsca byśmy nie odwiedzali, ciągle w tle były miłosne historie pełne niedopowiedzeń, domysłów, spojrzeń i chichotów. Wokół tych chłopięco-dziewczęcych relacji wszystko się kręciło. To one nadawały dla mnie sens całej reszcie. Prawdopodobnie, gdybym wtedy z tymi samymi ludźmi trafiła na Mazury, w Bieszczady czy na jakąś polską wieś, bawiłabym się tak samo dobrze i tak samo byłby to dla mnie ważny czas. Bo w tym wszystkim, pomiędzy „pogodnymi wieczorkami” a postojami w górach, dorastałam. Uczyłam się, jak być sobą.

Gdyby spróbować rozrysować na jednej kartce, kto z kim chodził, komu się podobał, czy kim się zauroczył, nie byłby to zbyt czytelny rysunek. Na przestrzeni kilku lat związki się tworzyły i rozpadały, jeszcze inne nie miały szansy nigdy powstać nawet na chwilę, choć czaiły się w zakamarkach wieczornej dyskoteki i opuszczonej o 2 cm niżej niż zwykle ręki. Śmialiśmy się po jakimś czasie, że można by telenowelę napisać na naszej podstawie. Dużo się działo między nami, ale to nie było wszystko.

Od uczestnika do opiekuna

Wyjazdy parafialne mają to do siebie, że często zaczyna się je jako uczestnik, a z roku na rok przejmuje się coraz większą odpowiedzialność. Najstarsi z marszu zyskują autorytet u młodszych (ewentualnie zazdrość, jeśli jest się w grupie najstarszych dziewczyn i „współpracuje się” z najstarszymi chłopakami ;)). Pojawia się też więcej możliwości wykazania i odciążenia innych, nawet dosłownie, niosąc w plecaku apteczkę czy dodatkowe czekolady dla całej grupy. Więcej pracy dla wspólnego dobra. Można nawet być dla kogoś „mamą” na kilka dni, kiedy maluch najbardziej tęskni i potrzebuje się przytulić. Można też samemu odpocząć, przytulając.

Do gór trzeba mieć szacunek i respekt

Nie chodziłam po górach z mamą ani z tatą, ale z o. Arturem, rodzicami znajomych, bratem, paczką przyjaciół i zgrają młodszych uczestników wyjazdów. Zawsze było nas dużo, nawet wtedy, gdy dzieliliśmy się na mniejsze grupki. Zawsze byliśmy dobrze przygotowani. Ci najmłodsi uczyli się od początku, że po górach nie chodzi się w japonkach, a pogoda jest zmienna. Wychodziliśmy wcześnie z prowiantem na cały dzień. Kiedy trzeba było, odwoływaliśmy wycieczki.

Na szlakach zmagaliśmy się ze swoimi słabościami, dumą i chęcią pokazania się przed znajomymi. Pomagaliśmy sobie. Razem się pociliśmy i razem marzliśmy. Śmialiśmy i motywowaliśmy się, by iść dalej. Dodawaliśmy sobie sił i robiliśmy sobie wspólnie zdjęcia (które wywoływaliśmy!). Wracaliśmy padnięci i baliśmy się o tych, którzy jeszcze nie wrócili. Konkurowaliśmy ze sobą, ścigaliśmy się i trzymaliśmy za ręce. Dbaliśmy o siebie nawzajem, dzieląc się piciem i jedzeniem, chłodząc sobie kark w górskim strumieniu i przenosząc przez niego. Nie pamiętam strachu czy wyczerpania, chociaż z pewnością były.

Mam masę starych wspomnień

Zarówno tych z gór, z samego Zakopca, jak i z czasu spędzanego w pokojach. Z nostalgią spoglądam zawsze z pociągu, przyjeżdżając przez Biały Dunajec i zerkam w okna domu, w którym działo się tak wiele.

Pamiętam spanie w przedziałach i znoszenie niewygodnej pozycji, gdy chłopak zasypiał na moim ramieniu czy kolanach. Pamiętam termosy z parującą herbatą i walkę o najlepsze miejsca w busach. Pamiętam grzane wino wypite w kilka osób na spółę i skakanie na trampolinach (tak, po tym winie). I spacer rozgwieżdżoną nocą i Msze św. na tatrzańskich kamieniach. Przedawkowany Aviomarin i spadający kostium na basenie w Krakowie. Zamarznięty telefon na Przełęczy Krzyżne i zdjęcie z bratem z Zawratu. Rysowanie markerem tatuaży i naukę gry na gitarze. Pamiętam striptiz do Różowej Pantery (nie że prawdziwy i nie że mój) i „Nothing else matters”, bez którego nie mogła się obejść żadna dyskoteka. Poranne rozmowy o powołaniu i przekrwione oczy po wysiłku w górach. Przepakowany plecak niepotrzebnymi kosmetykami i deszcz na Kalatówkach wyproszony piosenką do Ducha Świętego. Zdjęcia pod kolejką na Gubałówkę i zgubienie się na Krupówkach.

Długo by wymieniać…

górskie wspomnienia

Mam nowe wspomnienia

Niedawno byliśmy z Piotrkiem i rodziną w Zakopanem. Drugi raz we dwoje, ale kolejny już raz w ogóle. Oboje mamy wspomnienia z tych wcześniejszych pobytów. Co jakiś czas coś nam się przypominało. Fajnie jest posłuchać, co ta druga osoba robiła w danym miejscu, ale przyznaję, że momentami byłam trochę nieobecna. Spacerowaliśmy po Zakopanem i planowaliśmy górskie wycieczki, a mi co jakiś czas przypominało się coś z mojego życia sprzed pojawienia się w nim Piotrka. To było męczące, bo jak napisałam wyżej, w górach wydarzyło się wiele ważnych rzeczy (przynajmniej z punktu widzenia nastolatki). Większość ma jakiś związek z zakochaniem (jednym czy drugim). Wspominając je z sentymentem, czułam się nieco dziwnie, idąc obok mojego męża. Nie że go zdradzam, bo to dużo za dużo powiedziane. Nie że mi wstyd, czy głupio, bo to też byłaby przesada. Po prostu jakoś tak dziwnie i już. Za mało w tych wspomnieniach było jego.

Kilka razy wspominaliśmy nasz wcześniejszy wypad, kiedy moje kolano nie pozwoliło na zbyt wiele chodzenia po Tatrzańskim Parku Narodowym. I to było fajne, kiedy razem opowiadaliśmy o wspólnych przeżyciach. Cieszę się, że po tym wyjeździe mamy już więcej naszych wspomnień (np. powyższe zdjęcie). I nie chodzi mi o to, że chciałabym wyprzeć z pamięci to, co działo się w tych miejscach kiedyś. Tego nie da się zrobić. W albumach mam masę zdjęć – w większości z tego, co działo się w pokojach, a nie z panoramą Tatr. Z resztą nie chcę tego zapomnieć, to był ważny czas mojego dorastania. Kiedyś będę o nim opowiadać dzieciom (a na pewno córkom, bo jest o czym opowiadać, niech uczą się na moich błędach, a nie swoich :)). Fajnie jest jednak mieć taką równowagę, która nie pozwala, żeby wessały nas wspomnienia sprzed ponad 10 lat.

Góry budzą emocje

Dwie osoby nauczone różnych rzeczy, czasem się ścierają i nie rozumieją. Czasem podświadomie konkurują ze sobą, jakby chodziło o jakąś nagrodę. Przez lata chodzenia po górach z tymi samymi ludźmi, wiele się od nich nauczyłam. Miałam wpojone do głowy pewne zasady. Niektóre reguły dobrze pamiętam, innych nie potrafię wytłumaczyć, ale wiem, że „tak się robi”. Po czym okazuje się, że jednak nie wszyscy tak robią. Pytanie, kto ma rację i jak to rozstrzygnąć. Dodatkowym utrudnieniem jest to, że górska wyprawa to nie wypad na plażę, gdzie będziemy leżeć plackiem i może się przekąpiemy, jeśli woda nie będzie za zimna, ale wędrówka, której nie jesteśmy w stanie do końca przewidzieć, choć powinna być dobrze zaplanowana.

Ekwipunek górskiego turysty to sprawa życia i śmierci

Mówiąc górnolotnie, mam ogromny szacunek do gór. Czuję przed nimi respekt i nie bagatelizuję ich. Wchodząc na szlak, wchodzę na teren potencjalnie niebezpieczny i nieprzewidywalny. To nie jest prosty chodnik, na którym mało kto się potyka (a i to się zdarza), ale kamieniste ścieżki i skały, na których z pewnością danego dnia potknę się nie raz. Pakując się w góry, mam z tyłu głowy wszystkie zagrożenia i chcę się do nich przygotować jak najlepiej, bo one są. Nie każdy aż tak poważnie podchodzi do tego tematu i mogą pojawiać się starcia. Jak w każdym emocjonalnym temacie.

Na szczęście w większości spraw się z Piotrkiem zgadzamy. Pojawiło się jednak kilka kwestii, w których miałam o czymś silne przekonanie, ale nie pamiętałam dokładnie dlaczego. Jedyne argumenty, że „tak jestem nauczona, tak kazał o.Artur i tak robiliśmy zawsze” nie są jednak zbyt konkretne. Dla mnie wystarczające, ale dla kogokolwiek, kto nie był uczestnikiem naszych wyjazdów nie znaczą zbyt wiele. I takich rzeczy póki co jest całkiem sporo. Wspomnień, które są jednocześnie zaleceniami i zasadami bezpiecznych górskich wędrówek.

O co mi w ogóle chodzi? ;)

Teraz możecie sobie myśleć różne rzeczy. Nie chcę jednak, żebyście odnieśli mylne wrażenie co do tego tekstu. Bo tak prawdę mówiąc, można go interpretować na kilka sposobów. Przez pryzmat doświadczeń można inaczej zrozumieć te same zdania, więc żeby było jasne, o co mi chodzi, podsumowuję poniżej.

O świadome budowanie wspólnych małżeńskich wspomnień. O to, że fajnie jest mieć wspólne wspomnienia z miejsc, które są dla nas ważne jeszcze z tego okresu zanim się poznaliśmy. O to, że warto pamiętać wydarzenia, które nas ukształtowały i opowiadać sobie nawzajem o nich. O to, że nastoletnie emocje odzywają się po latach i niekiedy wciągają i oddalają na trochę od teraźniejszości. O to, że jestem wdzięczna za to wszystko, co się wydarzyło w moim życiu na Podhalu i nie mogę się doczekać tego, co jeszcze przede mną. O to, że z pewnością nie raz jeszcze będziemy w Zakopanem we dwoje, i że cieszę się, że już mamy tam „swoje miejsca”.

I na dodatek, trochę przez przypadek, też o to, że nie wolno bagatelizować gór. To tak ku pamięci przed wakacjami.

Jakie wspomnienia nastoletniego czasu Was najbardziej wciągają? Spędzaliście go ze swoim (jeszcze wtedy nie) mężem lub żoną czy poznaliście się już później?