Ilość czy jakość – o zakupach odzieżowych

with 5 komentarzy

Od dłuższego czasu przeżywam wewnętrzny rozłam zakupowy. Ciągle nie mogę się w 100% opowiedzieć za jedną stroną. Mam argumenty dla obu opcji. Każdy z nich budzi jednak moje kolejne pytania i wątpliwości. Ilość czy jakość? Czy zawsze są to jedyne opcje? Czy nie ma żadnych kompromisów?

ilosc czy jakosc - zakupy odziezowe

Idzie zima. Trzeba kupić jakiś płaszcz, bo stary się już do niczego nie nadaje. Przydałyby się też jakieś ciepłe rajstopy i bluzki z długim rękawem. Nie są to rzeczy pierwszej potrzeby, ale byłoby miło mieć większy wybór albo móc pozbyć się tych lekko znoszonych. Oczywiście budżet masz ograniczony – kwota X (nie podaję konkretnej wartości, bo dla każdego będzie ona inna).

Co robisz?

Kupujesz wszystko najlepszej jakości i przekraczasz wyznaczony limit cenowy? Stawiasz na dobry płaszcz i odpuszczasz resztę? Mieścisz się w wyznaczonym budżecie, kupując wszystko, ale masz świadomość, że nie są to ciuchy idealne (z nieodpowiednich surowców, niezbyt dokładnie uszyte, na jeden sezon)? A może szukasz półśrodków – buszujesz na allegro i w second handach, wyczekujesz promocji, zapisujesz się na każdy newsletter, żeby zgarnąć dodatkowe zniżki? Może masz założenie, że na ważne części garderoby, które stanowią jej bazę, nie szczędzisz funduszy, ale reszta wystarczy, żeby dobrze wyglądała i była wygodna?

Mój dylemat sprowadza się do kwestii cen. Nie jestem minimalistką.

Lubię mieć więcej ubrań. Większy wybór i więcej możliwości. Zawsze pojawia się problem, czy kupić jedną bardzo dobrą rzecz, czy kilka ładnych i tańszych, ale przeciętnych jakościowo. Ciągle się zastanawiam. Czy wolę wydać więcej i mieć rzeczy dużo lepszej jakości, które mam nadzieję, że posłużyłyby mi długo? Czy jednak kupić coś tańszego i przyzwoitego (choć zdecydowanie słabszego od wersji idealnej), pozwolić sobie na coś jeszcze i mieć świadomość, że te rzeczy zużyją się szybciej? Kupić jedne jeansy w markowym sklepie czy iść do sieciówki i w tej samej cenie mieć 3 wygodne pary, które po roku przetrą mi się na udach? Lubię wymieniać ciuchy, choć nie robię tego za często. Zużywam widocznie tylko rajstopy i spodnie, w reszcie mogę chodzić bardzo długo (mam jeszcze w szafie rzeczy z gimnazjum – zobaczcie na komentarze moich przyjaciółek :)). Kupując jedną bardzo dobrą rzecz w pewnym sensie ryzykuję, że nie będę miała potrzeby kupować nic innego przez dobrych kilka lat. A jak nie mam rzeczywistej potrzeby, bardzo rzadko coś kupuję (co przeczy trochę mojemu zamiłowaniu do zakupów, ale nie potrafię spontanicznie czegoś sobie kupić, szkoda mi pieniędzy).

Do kupowania mniejszej ilości ubrań, ale lepszej jakości trzeba dorosnąć.

Ja chyba jeszcze nie dorosłam. Wciąż mam gdzieś z tyłu głowy podejście nastolatki, a później studentki, która nie mogła sobie pozwolić na wszystkie zachcianki. Kupowałam to, co było potrzebne. Żeby mieć na inne rzeczy, szukałam jak najtańszych ciuchów. Najpierw patrzyłam na wygląd, później na cenę, a dopiero gdzieś na końcu procesu podejmowania decyzji sprawdzałam skład, który i tak nie był decydującym argumentem. Mając naście lat kształtował się jeszcze mój styl, moda była dla mnie ważniejsza niż teraz, bardziej niszczyłam ubrania, a moja figura się zmieniała. Częściej miałam potrzebę kupować ciuchy, ale miałam na nie mniej pieniędzy. Teraz mam więcej, ale mniejszą potrzebę, więc kupuję dużo rzadziej. Wybieram lepsze jakościowo rzeczy, ale nie są to jeszcze „ideały”. Wciąż nie mogę się przemóc, by wydać przykładowo 300 zł na coś, co kiedyś kupiłabym za nie więcej niż 70 zł.

Znam realia i wiem, że dobre ubrania są warte swojej ceny.

To nie tak, że nie kupuję tych rzeczy, bo uważam, że ceny są zawyżone. Nie, wręcz przeciwnie, Zdaję sobie sprawę, jak działa branża odzieżowa. Wiem, jak wygląda proces przygotowania kolekcji, ile kosztują dobre materiały i prowadzenie firmy. Samo uświadomienie sobie, że w cenie zawarty jest 23% VAT sprawia, że inaczej się na nią patrzy. Im mniejszy nakład, tym wyższe ceny. Polscy młodzi projektanci nie szyją na skalę przemysłową, więc ciężko jest im obniżać ceny.

I choć doceniam ich pracę, to często wybieram jednak tańsze rzeczy (szyte w Azji). Choć wiem, że często warunki pracy tam nie są dobre. Często wygrywa we mnie chęć posiadania większej ilości ubrań albo oszczędzenia paru złotych. Nie jestem z tego dumna, ale kiedy przychodzi do zakupów to nie zawsze o tym pamiętam. Niestety.

Kupowanie w małych polskich firmach to rodzaj patriotyzmu. Bardzo chciałabym wspierać rodzime biznesy i staram się to robić. To jest dla mniej konkretny argument za kupowaniem dobrych jakościowo i droższych rzeczy – bo często ich twórcami są zdolni i kreatywni Polacy, którym warto pomóc.

Niezamożnych nie stać na kupowanie tanich ubrań.

Już dawno to słyszałam i jest w tym sporo racji. Ale nawet komuś, kto rozumie ten mechanizm, ciężko zmienić sposób myślenia. Trzeba spojrzeć bardziej długoterminowo na nasze zakupy. Kupując dzisiaj zimową kurtkę za 80 zł, prawdopodobnie będziemy musieli za rok wydać kolejne 80 zł, bo tamta starczy nam na jeden sezon. Później będzie trzeba kupić kolejną i kolejną. Wydając raz 400 zł może się okazać, że będziemy chodzić w kurtce całą dekadę. Koniec końców wyjdzie nas to taniej, niż kupowanie co roku nowego modelu. Wciąż jednak pozostaje pytanie, czy możemy sobie pozwolić na taki jednorazowy wydatek. Bo co z tego, że wiemy, że na przestrzeni 10 lat oszczędzimy, jeśli teraz możemy wydać na kurtkę nie więcej niż 100 zł?

No i jeszcze druga kwestia. Zawsze zdarzają się wyjątki. Dwa lata temu kupiłam cudną kurtkę zimową, z prawdziwym puchem, piękną, ciepłą i wygodną, ale nie robiącą ze mnie pączka. Za zdecydowanie większą kwotę niż zazwyczaj wydaję na okrycia wierzchnie. Niestety szwy zaczęły się rozchodzić. W życiu nie spodziewałabym się czegoś takiego po tej firmie, a jednak. Reklamacja, reklamacją, ale zawiodłam się na produkcie, który miał być „dobrej jakości” i miał służyć mi latami. Prawie co roku kupujemy Piotrkowi zimowe buty. Bez względu na to, ile na nie wydamy, po sezonie nie nadają się do niczego. Po kilku takich „droższych” zakupach pojawiają się w mojej głowie wątpliwości, czy aby na pewno wyższa cena jest obietnicą wyższej jakości? Nie raz niestety przekonałam się, że wcale tak nie jest.

Niższa cena i większa ilość czy jakość? Czy nie można tego połączyć?

Wszystko zależy od tego, jaką cenę ktoś uznaje za niską, a przynajmniej akceptowalną i możliwą do wydania. Każdy widzi to trochę inaczej. Zmienia się to też na różnych etapach naszego życia. Niektórym wystarczy standardowa obniżka w sklepie, dla innych to wciąż będzie cena nie do przeskoczenia. Ratunkiem pozostają second handy i allegro, gdzie można naprawdę za niskie ceny dostać świetne rzeczy, często niemal nienoszone. Ale nie oszukujmy się, to wymaga sporo czasu i wytrwałości, żeby znaleźć coś godnego uwagi (i w naszym rozmiarze). Nie każdy też lubi kupować używane rzeczy.

Regularne ceny dobrych jakościowo ubrań zazwyczaj są dość wysokie. Uznałabym to za regułę. Zdarzają się wyjątki, ale jest ich stosunkowo mało. Częstszymi sytuacjami są przypadki, gdy odzież wątpliwej jakości sprzedawana jest za duże pieniądze – zazwyczaj ze względu na markę. W wielu sklepach internetowych, które oferują odzież różnych firm można to zaobserwować. Najłatwiej chyba na swetrach. Patrząc na najtańsze mamy sam akryl, później zaczynają się domieszki wełny. Im wyższa cena, tym ich więcej (zazwyczaj). Jest jednak taki pułap cenowy, w którym znajdziemy zarówno swetry w 100% wełniane jak i akrylowe, syntetyczne. Trzeba uważać, żeby w cenie wełnianego swetra nie kupić uroczego, ale niezbyt praktycznego akrylu.

ilosc czy jakosc - zakupy odziezowe

Oprócz ceny i jakości trzeba wziąć pod uwagę męża.

A raczej jego zdanie. Zakupy, jako część naszej codzienności potrafią mocno wpływać na małżeństwo. Z pewnością jest to temat konfliktogenny, że tak powiem. Do nieporozumień może dojść chyba na każdym możliwym etapie – wyjście do sklepu, przymierzanie, podejmowanie decyzji czy informowanie o stanie konta już po wszystkim. Ile par i sytuacji, tyle powodów do kłótni. U nas na przykład kiedyś bardzo kłopotliwe było kupowanie prezentów (teraz na szczęście się to trochę zmieniło).

U nas nigdy nie było problemu z tym, że za dużo wydaję. Powiedziałabym, że bywało nawet odwrotnie. Szłam do sklepu, na tzw. zakupy i wracałam z pustymi rękoma i niezadowoleniem, że nic nie kupiłam. Nie dlatego, że mi się nic nie podobało, ale że nie mogłam się zdecydować, szkoda mi było na coś pieniędzy, bo przecież tego nie „potrzebuję” itd. itd. Kiedyś Piotrek niemal kazał mi iść na spontaniczne zakupy i powiedział, że koniecznie mam z czymś wrócić. :) Wróciłam zadowolona i obkupiona w kilka rzeczy (głównie na promocjach). 

Mąż zdecydowanie woli kupować rzeczy droższe, ale lepszej jakości.

Ja się do tego dopiero przekonuję. Powoli. Zmieniam swój sposób myślenia, ale nie jest to łatwe. Z jednej strony staram się przemóc do kupienia w końcu jakiejś super dobrej rzeczy, z drugiej uczę się bardziej swobodnych zakupów bez poczucia winy. Tak, tego też się trzeba uczyć. Jak już się na coś wydało pieniądze to lepiej się cieszyć z nowego nabytku, a nie biczować się w myślach, że przecież tego nie potrzebuję.

Nie chodzi mi o bezmyślne wydawanie pieniędzy i trwonienie ich bez sensu, ale o pozwolenie sobie na małe przyjemności. Co znaczy „małe” zależy od zasobności naszego portfela i częstotliwości. Dla jednych będzie to apaszka z promocji za dyszkę i kolczyki za 3 zł (jestem mistrzem znajdywania takich okazji :D), a dla innych spódnica za 100 zł. Wyrzuty sumienia za każdy drobny zakup nie są przecież dobre.

Swobody uczę się ostatnio na Allegro.

Licytuję dużo bardzo tanich ubrań. Mam świadomość, że większość licytacji zostanie przebita, ale uda mi się kilka jednak kupić. Wybieram ciuchy od paru sprzedających, przeglądam wszystkie ich aukcje i licytuję – co się uda to moje, co nie, to trudno. I wydaję naprawdę mało. Większość cen nie przekracza 10 zł (2 lata temu kupiłam tak sukienkę, w której byłam na weselu u koleżanki). Tutaj potrafię sobie pozwolić na swobodę.

Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie fakt, że Piotrek nie jest zbyt zachwycony tymi zakupami. Nie dlatego, że wydaję dużo, czy że w ogóle wydaję. To są ciuchy używane. Mam wrażenie, że czasem podchodzi do tego z taką męską godnością. Jakby to, że chodzę w używanych rzeczach było ujmą na jego honorze – przecież stać nas na to, żeby kupić nowe. Zarabia wystarczająco dużo, żeby jego żona miała ładne nowe ubrania.

Nie kupuję używanych rzeczy dlatego, że nas nie stać na nowe.

Kupuję je, bo nie widzę sensu w kupowaniu nowych rzeczy, które są drobną zachcianką czy urozmaiceniem garderoby. Konsumpcjonizm jest mocno rozbuchany na świecie. W jakimś małym stopniu chociaż chcę go u siebie ograniczyć. Produkuje się i wyrzuca rocznie mnóstwo ubrań. Wolę kupić te, które i tak już poszły w obieg, niż płacić firmom, które zachęcone popytem, będą produkować ich coraz więcej. Kiedy po sezonie nie mam ochoty nosić czegoś, co kupiłam od innego konsumenta, nie jest mi aż tak żal, pozbyć się tego ubrania. Bazowe elementy odzieży kupuję nowe. Staram się, aby były coraz lepsze jakościowo.

Przełamuję się powoli do wyższych cen, innych marek i do długoletniego towarzystwa płaszczy czy swetrów.  To jest mój półśrodek, mój sposób na dobre ubrania i dużo ubrań.

Z jednej strony nie chcę jeszcze bardziej zaśmiecać świata i napędzać biznesu, który, jakby nie patrzeć, produkuje mnóstwo śmieci i nieraz wyzyskuje swoich pracowników,  z drugiej jednak szkoda mi jednorazowo wydać większa kwotę na ubranie. Chciałabym mieć jakościową odzież, ale nie wyobrażam sobie zamienić mojej szafy na capsule wardrobe. Zawsze się zastanawiam, czy potrzebuję danej rzeczy. Ciężko mi znaleźć złoty środek między drobną (dobrą) przyjemnością, a niepotrzebnymi wydatkami. To jest pewnego rodzaju dylemat moralny.

Kupowanie ubrań jest kwestią wielowymiarową.

Nie tylko chodzi o jakość i ilość naszych ubrań. Pojawia się kwestia społecznej odpowiedzialności biznesów i patriotyzmu konsumenckiego. Naszego podejścia do wyglądu, skromności lub jej braku, rozrzutności i trwonienia pieniędzy. Dochodzi jeszcze temat porozumienia z partnerem w sprawie domowego budżetu. To wszystko nurtuje mnie od jakiegoś czasu. Nie znam jeszcze odpowiedzi na wszystkie moje pytania. Pewnych rzeczy się uczę, inne zmieniam, nad resztą ciągle się zastanawiam.

A jakie Ty masz podejście do zakupów odzieżowych? Kupujesz taniej i więcej czy mniej, ale lepszych ubrań? Jesteś minimalistką czy raczej Twoja szafa się nie domyka? Czy (i dlaczego) Twoje spojrzenie na zakupy się zmieniło?
I przede wszystkim – co na to Twój mąż?