Karo i Michał – zaręczyny Ognia i Wody

with 1 komentarz

Kochani, nie będzie to ‘typowa’ romantyczna historia o zaręczynach. Pisałam ją z myślą o osobach, które borykały lub borykają się z podobną sytuacja, jaką ja miałam. Porównywanie się, lęk o przyszłość, nie najlepsza przeszłość. Ale piszę ją „ku pokrzepieniu serc” (no cóż, czasem sobie trzeba troszkę posłodzić :)), że jeśli bardzo się staramy to wyjdzie. Naprawdę.

Karo Pisze Tu

Kiedy patrzysz na mnie i na mojego narzeczonego, w życiu nie powiedziałabyś, że możemy ze sobą być. I na dodatek, że jesteśmy szczęśliwi. On ma ciemną karnację, ciemne włosy i oczy, jest postawny i dobrze zbudowany. Trenuje K1. Ja jestem blada jak ściana, mam typową słowiańską urodę, a na dodatek na siłownię chodzę dopiero od 3 lat. I do tego wszystkiego czytam, gdzie się da. Słowo jest dla mnie najważniejsze, dla mojego Narzeczonego najważniejsze jest…wspólne milczenie.

Jakby tego było mało, mamy całkiem odmienne charaktery. On jest spokojny, opanowany, rozważny. Nie lubi gadać o uczuciach. Każdy krok jest u niego przemyślany. Ja jestem gorąca, gadatliwa i pełna jakiejś nieujarzmionej energii. Jakby tego było mało, on miał stanąć na ślubnym kobiercu zupełnie z kimś innym, a ja z Krakowa, miałam wrócić do swojego rodzinnego miasta. I tydzień przed moją przeprowadzką coś zaczęło się zmieniać. Znaliśmy się już wcześniej, kolegowaliśmy się, ale nigdy w życiu nie powiedziałabym, że będziemy razem.

No ale cóż, my swoje a Bóg swoje. ;) Nie wierzę w „przeznaczenie”, czy „dwie połówki jabłka które szukają się po całym świecie”. Ale wierzę, że jeśli dwie osoby chcą i decydują się na miłość, to Tam z Góry już dobrze się potrafią tym zająć, żeby ich złączyć. Chociaż od początku nie było nam łatwo. Oboje borykaliśmy się z uporządkowaniem swojego życia, z przeszłością, z lękami o przyszłość. Do tego dochodziło moje „Całkowite oddanie się jemu”, czyli „TAK KOCHAM CIĘ ZAMIESZKAJMY RAZEM, DZIECI, ŚLUB CHCĘ!!!”, a jego „Spokojnie, poczekajmy, zobaczymy co czas pokaże. Oddychajmy”. Bolało mnie to, bo czułam się, brzydko mówiąc, jakbym wisiała „jajami na płocie”. Z jednej strony mnie chce, z drugiej nie chce się śpieszyć. Na szczęście przetrwaliśmy i to. I tak leciał czas i leciał, aż w końcu zaczęło mnie uwierać to, że ciągle nie rozmawiamy w sprawie przyszłości.

Pośpiech jest złym doradcą.

Nie będę ukrywać, że jestem osobą wierzącą, nie wzorem do naśladowania, ale staram się żyć jak najlepiej umiem. Zatem nasz ślub nie miał być tylko „wielką okazją do picia i jedzenia”. Mi chodziło o to, że uwierało mnie to, że żyjemy z dnia na dzień i nie myślimy, co będzie potem. Smutno mi było, że nie planujemy wspólnie, nie realizujemy planów razem. Niestety, dużo musiałam się jeszcze nauczyć. Nie potrafiłam o tym porozmawiać na spokojnie. Zawsze kiedy o tym mówiliśmy, buzowały we mnie emocję i nie umiałam uniknąć porównywania się do Kogoś, z Kim wcześniej planował życie… Bałam się, że przez to, że został tak boleśnie zraniony, już nigdy nie będzie chciał ułożyć sobie życia „po Bożemu”. Niestety, był czas, kiedy dużo się o to kłóciliśmy. Dziś tego żałuję. Bo gdybym patrzyła dokładniej, może zauważyłabym że mój (wtedy jeszcze) chłopak, wybiera pierścionek, miejsce, przygotowuje się… I piszę do tych z was, które nie mogą się doczekać. Zaufajcie, poczekajcie, naprawdę warto. Tak więc, sprawa przycichła, a mi zostało zaakceptować sytuację taką, jaką jest. Nie wyobrażałam sobie naszego rozstania. Pomyślałam, z nadzieją, że może i na niego przyjdzie kiedyś czas.

Lepiej tego nie rób.

Byłam w pracy. Akurat zadzwonił do mnie mój chłopak, że wieczorem zabiera mnie na kolację. Od żartu do żartu powiedziałam mu „Jeśli chcesz mi się oświadczyć, lepiej tego nie rób. I tak się nie zgodzę”, na co on odpowiedział „No to mamy sprawę z głowy” i tak śmiejąc się, rozłączyłam się. Nie miałam pojęcia o niczym, zresztą właśnie byliśmy po otarciu naszego sklepu. Do głowy mi nie przyszło, że cokolwiek może się wydarzyć. Byliśmy mocno zmęczeni, zestresowani, ale z racji tego, że oboje kochamy jeść, ucieszyłam się na wspólne wyjście. Jedzenie, wspólne towarzystwo i dobre wino na każde wpływają relaksująco. :) No przynajmniej na nas tak. ;) Kiedy się szykowaliśmy, mój chłopak poprosił mnie, żebym ubrała sukienkę – i nie, ta prośba mnie nie zdziwiła. On kocha mnie w sukienkach, ja kocham siebie w spodniach, ale z racji upału zgodziłam się. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, lekko się zdziwiłam, ponieważ wybrał on miejsce bardzo, bardzo piękne. Mieliśmy widok na Wisłę i pół Krakowa, do tego zbliżał się zachód słońca. Niestety, na miejscu okazało się, że owszem mamy rezerwację, ale że odbywały się tam dwa wesela (pałacyk jest piętrowy), to restauracja ma tylko 4 stoliki do wyboru. I tutaj nastąpiła kolejna zaskakująca rzecz, ponieważ mój Michał bardzo się zdenerwował. Trzeba mocno się starać o to, żeby wyprowadzić go z równowagi, a ten kelner zrobił to jednym zdaniem ;-) No cóż wybraliśmy stolik i jedzenie, ale komfortu nie było. Nikt nie poinformował nas, że będą tam wesela, więc jedliśmy swój posiłek obserwując gości, którzy nad nami (dosłownie) robili sobie selfie, przytulali się, tańczyli. Michał robił się bardzo smutny, nie wiedziałam co się dzieję. On nagle złapał mnie za rękę popatrzył się na mnie i spytał:

-Naprawdę nie zgodzisz się jak Cię poproszę o rękę?

-Będę musiała się bardzo zastanowić, ale co to za pytanie? Przecież wiesz, że żartowałam.

-To dobrze. Bo właśnie chcę się Ciebie spytać, czy zostaniesz moją żoną…

I wyjął z kieszeni pudełeczko w którym znajdował się najpiękniejszy pierścionek świata. Był cudowny (i dalej jest). Nie było muzyki, Fanfarów i sztucznych ogni. Wokół było głośno, a słońce pięknie zachodziło. Nie było klękania, ani płatków róż. Ale był On i jego szczerość.

-Nie wyobrażam sobie życia bez Ciebie, jesteś dla mnie Najważniejsza. Odmieniłaś mnie, pokazałaś życie, którego nie znałem. Gdybym wtedy Ciebie nie spotkał, dziś by mnie nie było. Nie wyobrażam sobie, żeby Kto inny był na Twoim miejscu. Tak dużo Ci zawdzięczam.

Ja osoba, która zawsze ma co powiedzieć, zaniemówiłam. To był najpiękniejszy moment mojego życia. Taki szczery i wzruszający, nasz. Nie potrzebowałam białych gołębi, skrzypiec, ani czerwonego dywanu. Świat znikł. Był tylko On. I najpiękniejsze zaręczyny świata. Takie jak my: troszkę nieporadne, skromne, ale pełne uczucia, prawdziwe i szczere. Za 7 miesięcy jest nasze wesele. On uczy się mówić o uczuciach, ja uczę się czasem wspólnie z nim milczeć. Kocham go i nie wyobrażam sobie życia bez niego. Któż inny mówiłby mi po każdym posiłku który zrobię, że „dla niego to ja już mam 4 gwiazdki Michelle”. I nikt inny nie wierzy w każde moje przedsięwzięcie tak jak On. Ogień i Woda.

Karo.

Karo Pisze Tu

Bardzo dziękujemy Karo za przesłanie historii ich oświadczyn. Po więcej jej tekstówzapraszam Was bardzo serdecznie na blog KaroPiszeTu.
To jest post z cyklu „Mocne zaręczyny”. Może się tu pojawić także Twój opis! Wyślij Waszą historię na adres blog@mocem.pl. Nie musisz być bloggerem, nie musisz mieć talentu pisarskiego! Liczy się Wasza opowieść.
Chcemy usłyszeć każdą – tą rodem z romantycznego filmu, albo z komedii albo zwyczajną, wyjętą ze środka Waszej codzienności.
  • Moja historia była podobna :) Ja żywiołowa, impulsywna i też z serii ŚLUBU-PRAGNĘ-TERAZ-SZYBKO On, rozważny, spokojny, każdy krok przemyślany :D Płakałam o zaręczyny 3,5 roku :D i się udało w końcu, byłam zołzą i niedozniesienia, ale jakoś to przetrwał i jesteśmy 3 miesiące po ślubie :)