Nie chcę, nie lubię, spróbuję

with Brak komentarzy

Tak sobie od jakiegoś czasu bloguję i myślę przy okazji, że chyba zrobiło się tu trochę mdło. Ja z natury nie lubię sprawiać ludziom choćby najmniejszej przykrości i chcę być dla wszystkich naokoło dobra (co nie zawsze mi wychodzi na dobre). Nie chcę, żeby komuś przeze mnie zrobiło się przykro. Omijałam póki co tematy, które mogłyby być dla kogoś szpilą przypadkowo wbijaną w boczek. Unikałam treści trudnych zarówno dla czytelników (którzy mogliby sobie uciec, gdzie pieprz rośnie, albo ujawnić drzemiącego w nich hejtera), ale też i dla mnie. Koniec z tym. Muszę (i chcę!) nabrać odwagi. Ale zanim będę odważna to pozwólcie, że najpierw posnuję sobie dalekie dywagacje.

nie chcę, nie lubię, spróbuję - trudne sprawy na mocem

Lubię jak mnie ludzie lubią

Staram się być miła. Nie chcę nikogo obrażać ani sprawiać, by czuł dyskomfort. Uważam nie tylko na to, co mówię, ale też jak mówię. Bo to samo można powiedzieć delikatnie i z szacunkiem, ale można i tak, jakby się przywaliło komuś w twarz.

Tak samo staram się pisać. Delikatnie i z uważnością na innych. Z szacunkiem do poglądów niezgodnych z moimi i do wyznawanych wartości. Myślę nad zdaniami, które nikogo nie urażą, które będą wyważone i moje jednocześnie. Nie wiem, kim jesteś moja czytelniczko, więc piszę nie raz zachowawczo. Bo Cię nie znam. A jeśli Cię znam to nie znam kogoś, kto wejdzie tu po Tobie albo jest już obok wirtualnie. Nie mam nawet pewności, że jesteś kobietą, choć wiem, że panowie zaglądają tu rzadko.

Nie chcę, byś marszczyła brwi, czytając to, co dla Ciebie piszę

Dbam o Ciebie troszkę. Nie chcę, byś kręciła nosem z przekąsem albo byś wyłączyła ze zdenerwowania zakładkę w przeglądarce. Nie chcę, byś miała poczucie, że źle o Tobie myślę. Chciałabym, byś mimo innego spojrzenia na świat, pozostała na stronie i doczytała do końca każdy jeden artykuł. Byś nie czuła się tutaj źle. Byś nie myślała, że coś Ci wypominam. Chciałabym, żebyśmy mogły się nie zgadzać i wciąż się lubić.

Nie staram się Ciebie do niczego przekonać. Nie zmuszam ani nie nakłaniam. Czasem wpadnę w poradnikowy ton, ale to tylko na chwilę. A jak na dłużej, to przepraszam. Czasem tak się dzieje, jak się pisze w sieci. Nie chcę być mentorką małżeńskich relacji. Nie chcę nikogo uczyć ani pouczać. Mam tylko to, co przeżyłam, zobaczyłam i to, co sobie pomyślałam i tym się dzielę. I czasem też tym, co zrobię. Nie przekonuję Cię do niczego na siłę. Możesz stąd brać, co chcesz. Możesz wszystko, możesz odrobinę, a możesz nic.

Jesteśmy różni, po stokroć powtarzam. Nie znam w 100% historii swoich przyjaciół i najbliższych, bo nie jestem w ich sercach. Tym bardziej zatem nie wiem, jakie wydarzenia Ciebie spotkały, jak się z nimi czujesz i co myślisz. I przez to bardzo uważam, żeby nie napisać nic, co mogłoby Cię skrzywdzić choć odrobinę.

Tylko czy tak się w ogóle da?

Dochodzę do wniosku, że chyba nie do końca. Nie da się zadowolić wszystkich – cóż za banał i oczywistość! Nie mam wpływu na to, co kogo zaboli, a bolą bardzo różne rzeczy. Piękne i bardzo dobre inicjatywy społeczne też potrafią kogoś ranić. Nie dlatego, że są złe, ale na przykład dlatego, że ktoś właśnie stracił bliską osobę i wszystką ją jej przypomina. Historia danego człowieka nadaje ton temu, co go spotyka, co widzi i czyta.

Cały mój blog o fajnym małżeństwie może przecież kogoś boleć. Może być komuś smutno, gdy czyta o tym, jak dobrze dogaduję się z moim mężem, bo ten ktoś może się w ogóle nie dogadywać ze współmałżonkiem. Albo może go nie mieć. Albo nie doszło do ślubu. Albo właśnie się rozwodzą. Czasem ludzkie szczęście boli innych. I nie zawsze chodzi o jakąś chorą zazdrość i zawiść. Czasem tak po prostu robi się komuś przykro. I to jest normalne. I to nie jest powód, żeby ci szczęśliwi o tym nie mówili.

Tak się zastanawiam, czy w tych wyważonych słowach i delikatnych zdaniach nie jestem przypadkiem nijaka. W tych bezpiecznych tematach, bo to bardziej o nie chodzi, jest bezpiecznie, ale czy dobrze? Czy wystarczająco? Czy nie balansuję gdzieś pomiędzy konkretami? Czy nie jestem gdzieś pośrodku, nie będąc ani zimna ani gorąca?

Wciąż chcę być dla wszystkich miła. Serio. Mimo wszystko. Nie lubię ludziom sprawiać przykrości. Nie chcę przeszkadzać w żaden sposób. Wciąż chciałabym to wszystko, co pisałam wcześniej. Chciałabym, żebyś czuła się tu dobrze. Po prostu.

Nie lubię kontrowersji i niezgody

Powoli jednak odnajduję w sobie siłę i odwagę, żeby poruszyć na blogu sprawy mniej wygodne. Jedne trudne dla mnie, inne kontrowersyjne społecznie. I przyznaję, że trochę się boję. Chcę bardzo i widzę potrzebę wyjścia poza strefę komfortu bezpiecznych treści, ale wiem, że czasem przedstawiając jedynie własne zdanie, kogoś zranię. Nie umyślnie, przez przypadek, ale jednak. A ja nawet tak nie lubię. I chociaż nie mam wpływu na to, co kto pomyśli i poczuje to gdzieś tam o tym myślę. I się przejmuję.

nie chcę, nie lubię, spróbuję - trudne sprawy na mocem

Dotychczas sobie dryfowałam po tematach, które były głównie pozytywne. Totalnie nie ruszałam kwestii konfliktogennych. Nie pisałam o czymkolwiek, co budziłoby choć trochę kontrowersji. Nie lubię internetowych ciężkich dyskusji, więc nie chciałam ich za bardzo powodować (a już na pewno nie miałam ochoty w nich uczestniczyć czy, nie daj Boże, ich moderować).

Starałam się omijać treści, po których mogłabym się spodziewać nieprzychylnych komentarzy. Wiecie, chciałam, żeby wszystkim tu było fajnie, miło i przyjemnie. Mi też. A nie zawsze jest (nie że tutaj na blogu, ale w życiu). Z tego też powodu unikałam tematów dla mnie trudnych. Takich, do których uwagi mogłyby mnie rozbić na milion kawałków.

Spróbuję dotknąć czegoś nowego

Doszłam jednak do momentu, w którym czuję, że tak się dłużej nie da. Że moje pisanie stało się takie trochę mdłe (z kolorowymi przerywnikami może czasem). Że nie da się w nieskończoność omijać niektórych tematów. Że nie da się pisać tak, żeby się wszystko wszystkim podobało. Że nie da się prowadzić bloga tak, żeby w pewnym momencie ktoś nie stwierdził, że przestaje mnie czytać, bo mu się coś nie podoba. No nie da się zrobić tak, żeby wszyscy byli zadowoleni.

Pewnie popukacie się w głowę, że to oczywiste. Może i oczywiste, ale dotychczas wolałam inaczej. I być może, gdyby moje życie teraz wyglądało tak, jak to sobie zaplanowaliśmy, dalej bym sobie pisała o samych lukrowanych małżeńskich obrazkach przeplatanych innymi słodkościami. Ale póki co słodkości powinnam ograniczyć według lekarza, więc ja się stosuję. Na blogu też.

Nie przekreśla to oczywiście szacunku do drugiego człowieka i jego historii. Tego nie odpuszczę i wciąż się będę głowić, dwoić i troić nad konstrukcją zdań jak najmniej kanciastą, żeby nikogo nie kuło. Chcę wciąż, żeby było Ci tu miło. Nie będę jednak omijać tematów, które mogą się komuś nie spodobać. Także tych, które najmniej podobają się mi. Poszukam w sobie odwagi, żeby wydobyć emocje, których sama się trochę boję. Życz mi powodzenia i bądź tu, proszę, gdy wrócę z kolejnym tekstem.