Płodność to oznaka zdrowia, choć nie dla wszystkich

with Brak komentarzy

Kiedyś mi się wydawało, że płodność jest zupełnie naturalną cechą każdego człowieka i zaburzyć ją mogą jedynie bardzo poważne schorzenia. Dzisiaj widzę ją raczej jako jedną z oznak zdrowia, a jej brak jako sygnał, że z naszym organizmem jest coś nie tak. Nie musi to być teoretycznie nic poważnego, mogą być jakieś zaburzenia, odchyły od norm czy rozregulowane hormony, z którymi można spokojnie żyć. Nie jest to zatem kwestia życia i śmierci, ale nowego życia już tak.

Płodność to oznaka zdrowia, choć nie dla wszystkich

Po przywrócenie płodności idzie się do lekarza. Jak się okazuje, nie każdy tak samo jak ja rozumie kwestię niepłodności. Dla niektórych nie jest to problem wymagający leczenia (wszystko jest w normie, więc o co chodzi?), dla innych jest niewyleczalny (więc po co próbować?), a dla niektórych nieopłacalny (zróbmy in vitro, po co tracić czas na leczenie czegokolwiek).

Lekarze – specjaliści i ci od siedmiu boleści

Konkretne leczenie naszej niepłodności zaczęliśmy mniej więcej pół roku temu. Nie zamierzam opowiadać na blogu o wynikach badań, ale chciałabym się podzielić z Wami pewnymi doświadczeniami i obserwacjami. Sześć miesięcy intensywnej diagnostyki to nie jest długo (powinniśmy pewnie byli zacząć ją o wiele wcześniej), ale o lekarzach i placówkach medycznych już mogłabym długo opowiadać.

Przez ten czas spotkały nas bardzo różne sytuacje. Zarówno pozytywne, jak i negatywne. Nie raz doświadczaliśmy ogromnego zaangażowania ze strony personelu i pomocy, której się nie spodziewaliśmy. Czujemy, że jesteśmy w dobrych rękach naszego lekarza prowadzącego, ale nie tylko z nim spotykamy się w gabinecie lekarskim.

Byłam zbywana i traktowana jak naiwna idiotka. Patrzono na mnie z litością i wysyłano na in vitro bez jakiejkolwiek wiedzy na temat mojego stanu zdrowia. Kiedy indziej lekarze wykładali się na podstawach związanych z leczeniem niepłodności, mówiąc, że „ich tego nie uczono na studiach”. W takich chwilach zastanawiam się, czy płodność jest jakąś kosmiczną cechą, którą osiąga się tylko w jakiś specjalnych ośrodkach, a nie można otrzymać pomocy u „zwykłego” ginekologa czy endokrynologa. I nie chodzi mi o bardzo zaawansowane badania, ale takie naprawdę początkowe wskazówki i wiedzę na temat płodności, której wielu absolwentom akademii medycznych niestety brakuje.

Płodność to oznaka zdrowia

Nie jestem zdrowa. Jeśli przez dłuższy czas współżycia ukierunkowanego na poczęcie nie zachodzi się w ciążę, to coś jest nie tak. W jakimś miejscu nasze ciało albo psychika niedomaga. To, że nie mamy żadnych dolegliwości, że nic nas nie boli i nie strzyka, nie oznacza, że wszystko jest w porządku.

Do pewnych rzeczy przyzwyczajamy się z czasem i przestajemy je zauważać (jak np. ból podczas okresu czy silny PMS). Uznajemy, że „tak już mamy” i „taka nasza uroda”, a lekarze temu przyklaskują. Konkretne sygnały wysyłane przez organizm bagatelizujemy i zrzucamy na niewyspanie czy stres. Szukamy potencjalnej, błahej i codziennej przyczyny, racjonalizujemy i olewamy samych siebie, zamiast się przejąć swoim zdrowiem i być dla siebie dobrym.

Regularna miesiączka o niczym nie świadczy

Przez kilka lat różni ginekolodzy mnie zbywali. Jak tylko słyszeli, że mam okres mniej więcej co miesiąc, nic mnie nie boli, nie swędzi i nie piecze, a na USG widać „piękny pęcherzyk dominujący” i „ładne endometrium” to nie ma się czym przejmować. Jestem zdrowa. Szkoda, że nikt nie doprecyzował, co oznacza regularność miesiączek (w porównaniu do koleżanek, które miały okres dwa razy do roku przy dobrych wiatrach to u mnie było idealnie) i nie dopytał bardziej wnikliwie o inne kwestie.

Zanim zaczęliśmy się starać o dziecko, chciałam się dobrze przygotować. Poszłam do kilku lekarzy, mówiąc o naszych planach. Padło żartobliwe, że „dzieci się robi, a nie planuje”. Wtedy jeszcze się śmiałam. Prosiłam o skierowanie na jakieś kontrolne badania przed ciążą, żeby sprawdzić, czy jestem zdrowa, czy nie powinnam najpierw czegoś wyleczyć, żeby nie zaszkodzić dziecku. Profilaktycznie i zdroworozsądkowo chciałam się dobrze przygotować do ciąży. Usłyszałam, żebyśmy się starali, a jak się nie uda przez dłuższy czas to będziemy się badać.

Zaufaliśmy lekarzom

No to się nie przejmowaliśmy, bo przecież „jesteśmy młodzi i mamy czas”. „Nie ma żadnych podstaw, żeby twierdzić, że będzie problem z zajściem w ciążę, więc po co się badać.” – takie mniej więcej było podejście kilku lekarzy w prywatnych przychodniach. Skoro nie miałam PCOS, endometriozy, żadnych guzków, torbieli, mięśniaków, problemów z tarczycą (chociaż nikt jej nie zbadał!), miesiączkowałam, nie miałam pięćdziesięciu infekcji, operacji ginekologicznych, nigdy nie brałam tabletek antykoncepcyjnych ani żadnych hormonów, to nie ma się czym przejmować.

Gdy minął rok, o którym mówi definicja niepłodności, lekarz rozłożył ręce, mówiąc: „Nic nie mogę zrobić, tutaj nie leczymy niepłodności. Musi pani iść do kliniki leczenia niepłodności.”. Szlag mnie trafił, bo kiedy jeszcze nie było mowy o niepłodności, a ja po prostu chciałam sprawdzić stan swojego zdrowia i zatroszczyć się o nasze dziecko zanim jeszcze się poczęło, lekarze nie chcieli pomóc. Nie wypisali skierowań na konkretne badania ani nawet nie powiedzieli, jakie ewentualnie wykonać. A mogli i uważam, że powinni. W trosce o moje zdrowie, a nie żadną płodność. Od tego są lekarze.

Żałuję, że nie badałam się na własną rękę

Teraz to wiem. Gdybym kilka lat temu badała profilaktycznie hormony, być może bylibyśmy już rodzicami. Być może udałoby się wyłapać moment, kiedy coś się zaczynało dziać albo szybciej dałoby się inne rzeczy wyregulować. A ja ufałam lekarzom i dawałam im się uspokoić. Nie jednemu, ale kilkorgu. Teraz inaczej bym z nimi rozmawiała, konkretniej prosiła o wskazówki i nie dałabym się zbyć. Teraz, kiedy jestem mądrzejsza o minione lata i miesiące konkretnej spersonalizowanej diagnostyki. Teraz, kiedy jestem bardziej świadoma – swojego stanu zdrowia, czynników wpływających na płodność i sposobu działania placówek medycznych.

Nie czekałabym na łaskawe wystawienie skierowania, ale sama poszłabym do punktu pobrań zrobić badania. Dowiedziałabym się, co zbadać przed ciążą i po prostu bym to zrobiła. Albo kupiłabym gotowe pakiety badań przygotowane specjalnie dla osób w danym wieku albo pod kątem żeńskiej gospodarki hormonalnej. Od czegoś bym zaczęła. Nie wiem, czy te kilka lat temu było inaczej, czy po prostu ja się tym nie interesowałam. Teraz badania krwi można kupić przez internet i dla mnie to jest bajka. Tego mi wtedy brakowało, kiedy jakiekolwiek testy z krwi czy wizyta lekarska była dla mnie czarną magią. Od podstawówki nie miałam praktycznie potrzeby chodzić do lekarzy, więc nie bardzo wiedziałam, jak korzystać z ich pomocy. Ufałam bezgranicznie, łapiąc się myśli, które mnie uspokajały – „wszystko jest w porządku”. Ale jak widać, nie było.

Badania profilaktyczne mają sens

Ja naprawdę czułam (i czuję się!) zdrowa, a jak się okazało, nie do końca jestem. Dramatu nie ma, ale mój organizm potrzebuje nieco wsparcia, opieki i regulacji. Gdyby nie badania krwi (i obserwacja cyklu wg modelu Creightona), nie miałabym pojęcia, że coś jest nie tak. Z tą świadomością, co jakiś czas zastanawiam się, o czym jeszcze nie wiem. Czy moje nerki dobrze pracują? Czy wątroba jest w porządku? Czy nie mam jakiś drobnych problemów z sercem? Najchętniej cała bym się przebadała wzdłuż i wszerz. Wysłałabym też całą rodzinę na takie badania. Tak wiele dzieje się w naszych ciałach, a tak mało o nich wiemy!

A Ty, kiedy ostatnio się badałaś?

Robisz profilaktyczne badania? Jakiekolwiek? Gdyby nie leczenie niepłodności, przyznaję, że nie wiem, kiedy zrobiłabym badania krwi. Diagnostyka otworzyła mi oczy na te wszystkie choroby i zaburzenia, których nie widać. Trochę mnie to przeraża, jak bardzo jesteśmy nieświadomi wielu rzeczy i ich wpływu na nasze życie, a także życie (lub nie!) naszych dzieci.

Żeby zajść w ciążę bycie w normie nie wystarczy

Chodzi o to, że odbierając wynik z laboratorium, możesz być spokojna, bo jak wół jest napisane „wynik w normie”, ale wcale nie oznacza to, że jesteś zdrowa. A już na pewno nie oznacza, że zajdziesz w ciążę bez problemu. Dla mnie to jest jedno z największych zaskoczeń ostatnich miesięcy. Jest to ciekawe z dwóch względów. Po pierwsze rodzi we mnie milion pytań odnośnie idei norm. Po drugie, zastanawia mnie, czemu nie wszyscy lekarze o tym wiedzą (a że nie wiedzą, nie jest tylko moim doświadczeniem).

Co z tego, że stężenie danego hormonu we krwi mieści się w normie, jeśli z takim poziomem i tak nie zajdzie się w ciążę? Znaczy może i się zajdzie, wielu osobom się pewnie udało, ale jak jest problem z poczęciem to wszystkie wskaźniki najlepiej sprowadzić do idealnych wartości. Czy normy nie powinny podawać zakresów wartości, które oznaczają idealne zdrowie? Albo określać coś więcej niż zakresy dla kobiet i mężczyzn w danym wieku i fazy cyklu? Jest kilka konkretnych przypadków hormonów, których zakresy norm zawierają wartości, które jasno mówią o tym, że „z tego ciąży nie będzie” (i potwierdza to wielu lekarzy – specjalistów od niepłodności), a niektórzy endokrynolodzy i ginekolodzy mówią, że jest „w porządku”.

Niewiedza lekarska

Dlaczego nie uczą o tym na studiach? Czemu nie uczulają młodych lekarzy na wartości hormonów (i nie tylko!) świadczących o płodności? Czy płodność nie jest zdrowiem? Dlaczego tylko specjaliści o tym wiedzą, skoro są to informacje powszechnie w tej chwili dostępne? Być może zrozumiałabym to ileś lat temu, kiedy problemy z płodnością zdarzały się rzadziej, ale teraz co 5 (wg niektórych badań co 4) para ma z tym problem. To już nie są pojedyncze przypadki, które trzeba pokierować dalej na specjalistyczną diagnostykę, ale ludzie, którzy potrzebują pomocy dużo wcześniej. Pomocy związanej ze stylem życia i ogólną profilaktyką zdrowia.

Dobrze, może dramatyzuję i uogólniam. Pewnie niektórych na studiach tego uczą. Ale kiedy 2 razy od lekarzy w różnym wieku słyszę te same teksty, że coś nie ma znaczenia, jest w porządku i w ogóle po co to badać w danym momencie, to mnie mocno zastanawia, czemu nie wiedzą, że jednak dany wynik nie jest w porządku. A skąd ja wiem? Od naszego obecnego lekarz, lekarzy współpracujących i z relacji wielu dziewczyn leczących niepłodność od wielu lat u różnych specjalistów z całej Polski.

Nie chcę się odnosić do konkretnych wartości hormonów i ich stosunków, bo ja lekarzem nie jestem i nie mam zamiaru nikogo wprowadzać w błąd przez nieumiejętnie użyte słownictwo czy inną nieumyślną pomyłkę.

Płodność to oznaka zdrowia, choć nie dla wszystkich

Komu zaufać?

Przedłużające się starania o dziecko są trudne z bardzo wielu powodów. W tym czasie potrzebna jest pomoc ludzi z zewnątrz – lekarzy, którzy nas poprowadzą. Mało kto pierwsze kroki kieruje do specjalisty od niepłodności. Większość z nas najpierw trafia do zwykłego ginekologa. To od niego nie raz zależy, czy podejmiemy jakieś konkretne kroki czy „będziemy dalej próbować”. My zaufaliśmy lekarzom i teraz żałuję. Wydawało mi się, że oni mi pomogą, że skierują na jakieś badania kontrolne, że oni pierwsi podejmą próbę leczenia, a kiedy nie przyniesie ono efektów, pokierują dalej. Ale tak nie było. Olali mnie, a jak problem był już konkretny, rozłożyli ręce…

Już nie wierzę bezgranicznie w lekarskie słowa. Mam dystans i sprawdzam, choćbym ufała i ceniła daną osobę. Sama czytam, dowiaduję się, dopytuję i weryfikuję uzyskane informacje. Wkurza mnie to strasznie, że straciłam zaufanie do służby zdrowia. Z drugiej jednak strony lekarze to nie bogowie, nie są nieomylni. Mają prawo zapomnieć o czymś powiedzieć, a to nasze zdrowie od tego zależy, więc jest to nasza odpowiedzialność w pewnym sensie – dopytać o wszystko. Smutne to, ale chyba prawdziwe.

Większość leczonych z niepłodności par w końcu zachodzi w naturalną ciążę. Trzeba im tylko mądrze pomóc. Znaleźć przyczynę niepowodzeń i ją wyleczyć, a nie wysłać od razu na in vitro (które przy rozregulowanym organizmie i tak może nie być skuteczne). Skupić się na zdrowiu, a niekoniecznie płodności samej w sobie. Ona pojawi się z czasem w ciele, które jest w pełni prawdziwych życiowych sił.

Czym dla Ciebie jest płodność?

Znasz podobne przypadki bagatelizowania problemów, zbywania pacjentów i niekompetencji w zakresie leczenia niepłodności?