fbpx

Podziębiona kobieta i cierpiący mężczyzna

with 5 komentarzy
Jakiś czas temu zawitało do nas choróbsko. Przyczepiło się i tak wędrowało między nami. Raz ja siedziałam w domu, raz Mąż. Najpierw Piotrek był u lekarza, a ja siedziałam pod drzwiami, lekko pokasłując. Później okazało się, że u mnie bez wizyty u doktora też się nie obędzie. Obeszło by się pewnie, gdybym mogła lenić się w domu i przespać całą jesień. No, ale nie mogę. Niestety.
Facet choruje, umiera
Najczęstszym zdaniem rozpoczynającym jakikolwiek nasz ówczesny dialog było: „Jak się czujesz?”. No i tak opowiadaliśmy sobie, co nas boli, jak nas strzyka, że katar, że kaszel i jaka temperatura. W międzyczasie widzieliśmy się z Piotrka siostrą. Padły mimochodem jakieś żarty, co do męskiego chorowania. Nic specjalnego, nie jakieś długie zgrywanie się, ot, dwa zdania rzucone z porozumiewawczym uśmieszkiem. „Facet ledwo ma 37 stopni temperatury, a już do lekarza leci, do łóżka się kładzie.” – parafrazując, taki to miało mniej więcej wydźwięk. Rozmowa poszła dalej.
 
Ale, ale! Temat powrócił przy obiedzie na mieście. Mam wrażenie, że siedzieliśmy przy stoliku jakąś godzinę dłużej, dyskutując o tym, jak kto choruje. Jak zachowują się kobiety i mężczyźni. Jakie są różnice w naszym „sposobie chorowania” i z czego wynikają.
 
Cóż… każdy ma swoje racje i już. Obserwacja jest taka, że wielu mężczyzn dość szybko idzie do lekarza (chociaż podobno Piotrek zna takich mało), a nawet jeśli nie, to „cierpią” w domu. Leżą pod kołderką, czekając na gorącą zupkę, rozgrzewające herbatki i litowanie się na każdym kroku. Co chwila mierzą temperaturę i dokładnie opisują, co im jest, gdy pytamy. Kobieta zaś często z gorączką idzie do pracy, a jeśli nie musi, w domu i tak nie położy się do łóżka, ale będzie starała się funkcjonować normalnie. Nie opowiada o swoich bolączkach, a tabletki łyka niemal po kryjomu, żeby nikt nie widział, że coś jej jest. „Przecież to tylko przeziębienie, nic mi nie jest, niedługo przejdzie.” Przejdzie, albo i nie przejdzie. Różnie bywa. W skrócie ująwszy tak wyglądają stereotypowe „modele zachowań podziębionej kobiety i chorego mężczyzny” (tak tak, już tutaj znalazłabym różnice!).
 
I właśnie. Tu pojawia się problem. Opisując te typowe według mnie zachowania, generalnie podkreślałam, że panowie często troszkę jednak przesadzają. Piotrek uważa, że szybkie pójście do lekarza nie jest przesadą, a właściwym zachowaniem – im szybciej podejmę konkretne działania, które mają mi pomóc, tym szybciej zupełnie wyzdrowieję. Poza tym biorąc zwolnienie, nie zarażam w pracy. Jakby nie patrzeć, trudno się nie zgodzić. Co prawda, można dyskutować, kiedy może dojść do zarażenia, czy w każdej firmie, jak bliski ma się kontakt ze współpracownikami itd. jednak sporo racji w tym jest, że niefajnie jest siedzieć w biurze z kimś, kto ciągle kicha i kaszle (nie daj Boże w naszą stronę). Jak się później okazało, ciężko mi było wymienić konkretnych mężczyzn, którzy szybko lecą do lekarza i piszą testament w stanie podgorączkowym. Moi dziadkowie, jeden kolega, drugi kolega, ale to już wiem od jego żony, więc jednak nie musi to być faktyczne zachowanie, a jedynie to, jak sytuację widzi żona (a że żony lubią czasem przesadzać…) i więcej przykładów nie mogłam sobie przypomnieć. Piotrek za to mówił o konkretnych znajomych, którzy wręcz gruźliczym kaszlem straszyli w firmie, ale na zwolnienie nie poszli. Moja teoria o męskim bieganiu do lekarza z lekko pogorszonym stanem zdrowia nie doczekała się w naszej dyskusji potwierdzenia przykładami.
 
Upierając się przy swoim, drążyłam temat. Mężowie, którzy nie są zbyt częstymi pacjentami przychodni, mogą wciąż pasować do wizji umęczonego katarkiem mężczyzny. Nie wiemy przecież, jak zachowują się w domowych pieleszach. Na pewno roztkliwiają się nad sobą i są tacy biedni i słabi. Taka jest moja wizja. No ale… jak sama napisałam: „nie wiemy przecież”. I tak sobie razem gdybaliśmy, mówiliśmy o ogóle, szukając potwierdzeń swoich argumentów. Ja o tym, że faceci przesadzają, a On o tym, że w ich chorowaniu nie ma przesady, że to zachowanie kobiet, które wszystko muszą ogarnąć, jest złe i nieodpowiedzialne (dla nich, bo nie zdrowieją i dla otoczenia, bo zarażają).
 
Po długiej i dość wybuchowej, jak na nas, rozmowie, doszliśmy jednak do konkretnego wniosku! I tu poproszę o fanfary, bo to istotne odkrycie. Wydumaliśmy, jak to jest, że kobiety nawet z gorączką potrafią jakoś funkcjonować, a panów szybciej choroba zaciąga do łóżka (to uznaliśmy za fakt). Sedno sprawy tkwi w biologii, w tym, jak jesteśmy zbudowani i jak funkcjonują nasze organizmy. Choroba (typu przeziębienie i takie tam) dotyka naszego ciała, a że męskie ciało różni się od damskiego to też inaczej reaguje na bakterie i wirusy. I nie chodzi mi o różną odporność, ani też o jakieś bardzo zawiłe i medyczne kwestie, ale o coś bardzo podstawowego.
 
Kobiety miesiączkują. Ich ciało funkcjonuje według tego, co dyktuje cykl menstruacyjny. Co miesiąc, a przynajmniej mniej więcej, jesteśmy przygotowane na pewne niedogodności, dyskomfort, ból i słabe samopoczucie. Pierwsze, co przychodzi na myśl to PMS – czyli stan napięcia przedmiesiączkowego na koniec cyklu. U niektórych trwa dzień czy dwa, a u innych narasta od samej owulacji (czyli może trwać do jakiś dwóch tygodni). Sam okres, bolesny czy nie, ale nie jest to pod względem fizjologicznym zbyt komfortowy czas. Później jest fajnie fajnie, aż do owulacji, którą nierzadko zwiastują drobne bóle jajników czy inne dolegliwości. Ile kobiet, tyle symptomów, ale w przeciągu całego cyklu u każdej z nas są dni, kiedy czujemy się słabiej. I tak miesiąc w miesiąc. Gdybyśmy nie nauczyły się z tym jakoś żyć i radzić sobie, nie byłybyśmy w stanie funkcjonować. Łykamy różne proszki lub szukamy naturalnych sposobów zniwelowania bólu i dyskomfortu. Narzekamy, owszem. Ale nie za każdym razem, gdy coś nam jest. Panowie, zapewniam Was! Wasze żony, dziewczyny, siostry i matki nie mówią Wam o każdej bolączce. Gdybyśmy w ciągu codziennego życia miały wsłuchiwać się w swoje ciało i uświadamiać sobie każdy ból, oj… nie byłoby dobrze. Szłoby zwariować, jak nic. Na przykład zanim poznałam mojego męża, nigdy nie mówiłam, że bolą mnie mięśnie. Po prostu bywało mi słabo, źle się czułam, „jakoś tak chorobowo”, ale nie określałam tego bólem mięśni. Kiedy usłyszałam to od Piotrka, uświadomiłam sobie, że rzeczywiście taki ból odczuwam, że to jest to. Kiedyś nie potrafiłam też określić owulacyjnych bólu jajników. Po prostu coś mnie kuło w podbrzuszu po jednej lub drugiej stronie. Dopiero koleżanka narzekając na swoje bóle, uświadomiła mi je. Kobiety są przyzwyczajone do bólu. Każda z nas ma inny próg, ale tak jesteśmy stworzone, że byle co nas nie wytrąci z codziennych obowiązków. A panowie…
 
W dzisiejszych czasach panowie nie cierpią za bardzo. Ich zdrowe ciało nie generuje żadnego bólu (nie mówiąc już o powtarzalnych cyklach), nie są do niego przyzwyczajeni, nie potrafią go po prostu zignorować. W dawnych czasach, kiedy mężczyźni spędzali czas w dużej mierze na wojnach, sytuacja pewnie wyglądała zgoła inaczej. Ale to już zamierzchłe historie. Dzisiaj jest jak jest, chociaż naszym mężom jest łatwiej, kiedy leje się krew, zatną się porządnie, złamią rękę czy nogę, poparzą się niż podczas gorączki. Te poważniejsze, jakby nie patrzeć, sytuacje są bardziej męskie i bardziej logiczne. „Zaciąłem się, leci krew, rana jest zanieczyszczona, szczypie” – logiczny ciąg. Ale taka gorączka to już nie. To już jest otępiający, głupi ból. Rozcięcia na pół ręki czasem nie zauważą, chociaż my mdlejemy na sam widok, ale migrena zwala ich z nóg. Tutaj budzi się we mnie mały sprzeciw, bo przecież dla kobiety to też jest „głupi ból” i wcale nam z nim lepiej nie jest. Tutaj można by się od nowa sprzeczać, ale jedyne, do czego dojdziemy to dostrzeżenie różnych spojrzeń na tę samą sprawę.
facet chory jest nie do życiaPróbując zobaczyć drugą stronę medalu, zadałam sobie pytanie: dlaczego kobieta próbuje być twarda i nie pozwala sobie na normalne chorowanie? Dochodzę do wniosku, że jest to coś, czego uczymy się od starszych pokoleń, od naszych mam, cioć, babć. Patrząc kilka dekad wstecz (może nawet nie kilka, a jedną, dwie?), widzimy, że to żony i matki miały cały dom na głowie. Dopiero teraz małżeństwo staje się związkiem dwóch równoprawnych partnerów, mężowie oprócz pracy zawodowej mają swoje domowe obowiązki, kobiety zarabiają na utrzymanie. Kiedyś rzeczywiście w wielu sytuacjach, gdyby chora kobieta nie ugotowała obiadu, nie posprzątała, nie zajęła się dziećmi, nie miałby kto tego zrobić. Dzisiaj sprawy mają się inaczej. Jasne, są różne sytuacje, ale generalnie, ojcowie potrafią zająć się dziećmi i domem. Zobaczyłam, że stawianie siebie w sytuacji: „nie mogę być chora, bo kto się zajmie wszystkim, jak nie ja” jest w pewnym sensie obrazą męskości naszych mężów. Jest to założenie, że on sobie nie poradzi, nie da rady, nie potrafi, a w ogóle to ja i tak zrobię lepiej. Niedowartościowanie i niedanie szansy wykazania się naszej drugiej połówce. Tym bardziej, że skoro dla niego położenie się do łóżka w przypadku choroby jest normalne, to nie będzie na nas krzywo patrzył, tylko zrozumie. No, może nie zawsze i nie każdy. Ale mój mówi, że rozumie. :)

Z całej dyskusji mamy cztery wnioski:

1. Kobieta lepiej znosi chorobę i stara się podczas niej w miarę normalnie funkcjonować, bo jest w pewnym sensie, przez comiesięczne dolegliwości przyzwyczajona do radzenia sobie z bólem. Dla mężczyzny jest to sytuacja rzadka, nietypowa, przez co ciężej mu się w niej odnaleźć.
2. Nie ma właściwego sposobu chorowania. Nie można powiedzieć, czy lepiej jest szybko położyć się do łóżka i zacząć intensywną kurację, czy spróbować przetrzymać chorobę zachowując się normalnie. Każdy ma swoje spojrzenie na sprawę i w obu podejściach jest sporo racji.
3. Warto pogadać na ten temat, żeby zobaczyć zdanie drugiej strony. W życiu nie powiedziałabym, że w męskim rozczulaniu się nad sobą (szybkim pójściu do lekarza, zwolnieniu z pracy i leżeniu w łóżku) może chodzić o odpowiedzialność za to, aby nie zarażać innych. Nie wpadłabym też na to, że facet może myśleć, że próba normalnego funkcjonowania jest głupia. Przecież zdrowie jest ważne, nie ma co się katować dla pracy czy wysprzątanego, wychuchanego domu.
4. Kobieta nie zawsze MUSI dać sobie ze wszystkim radę. Tym bardziej mężatka, która ma kochającego męża. Czasem warto odpuścić. Świat się nie skończy, kiedy pozwolimy sobie na chwilę słabości. Tym bardziej, że to my podobno jesteśmy tą słabszą płcią, czyż nie?
 
Nieco inaczej sytuacja pewnie wygląda, kiedy ma się dzieci. Kobieta pewnie jeszcze bardziej uważa, że nie może być chora, bo maluchy same sobie rady nie dadzą, więc z gilami do pasa robi to, co zawsze. Już widzę siebie za ileś lat… A jak jest z Panami? Podczas swojej choroby zajmują się dziećmi, czy stereotypowo stają się jednymi z nich?
 
A co do naszych wniosków… odkryliśmy nową Amerykę czy nie?

Follow Olborska:

Blogerka i projektantka Mocem

Jestem Ewa, żona Piotra. Piszę o kreatywnych ślubach i późniejszym szczęśliwym życiu. W moim sklepie znajdziesz produkty dla małżonków, koszulki dla par i akcesoria ślubne. Bestsellerem stały się puzzle z pytaniem o świadkowanie.