Codziennie mam Walentynki

with 7 komentarzy
Od niespełna trzech lat jestem mężatką i mam Walentynki codziennie. Myślicie, że zmyślam i bajeruję? Podlizuję się mężowi albo idealizuję codzienność? Czasami odrobinę tak, ale zaraz przybliżę, o co mi chodzi.
koszulka dla meza
Walentynki żonatego – koszulka z naszego sklepu Mocem
Święto Zakochanych, jak zwykło się nazywać wspomnienie św. Walentego, to dla mnie dziwny dzień, szczerze mówiąc. Mam wiele obiekcji dotyczących obchodów 14 lutego, jednak lubię to święto. Jest miłe. No, chyba, że nie ma się z kim świętować, wtedy można na to spojrzeć zupełnie inaczej. Dopiero pierwsze Walentynki z moim obecnym Mężem, były pierwszymi w moim życiu z prawdziwą randką i upominkami. Wcześniej jakoś tak nie udało mi się być z kimś w związku w tym czasie, ot, taki pech. Albo zimna kalkulacja moich byłych. ;)
 
Nie lubię komercyjnego aspektu tego czasu. Znaczy się jest to dla mnie oczywiste, że przedsiębiorcy wykorzystują wszystkie możliwe okazje, by zwiększyć sprzedaż, nie o to mi chodzi. Nie widzę w tym nic dziwnego, zwykłe prawo obecnego rynku. Nie lubię po prostu badziewia, które jest we wszystkich hipermarketach, kioskach czy na poczcie. Przeraża mnie ta tandeta. Chociaż przyznaję, że mniej więcej w podstawówce dawałam się nabrać na misia z serduszkiem czy bokserki w amorki z Tesco (?!). Pomysłowe, dobrze zaprojektowane produkty choćby z milionem serduszek byłyby sto razy lepsze. Przeciw takiej komercji nie mam żadnego „ale”.
 
Poza prezentem, „obowiązkowym” punktem dnia jest randka, czyli jakieś specjalne wyjście, kolacja, czy po prostu spacer we dwoje. Z jednej strony masakra, bo wszystkie restauracji i kina są zapchane i ciężko o romantyczny charakter, ale jednak „randka” sama w sobie jest fajna. Dobrze się trochę wysilić, żeby pójść w mniej uczęszczane miejsce albo wykombinować coś w domu (wspólne gotowanie, ciekawy film, partia jakieś gry dla dwojga, może nawet na komputerze itp.). Z drugiej strony patrząc, w dorosłym życiu coraz trudniej o ten czas we dwoje i specjalne atrakcje. Albo dzieci absorbują nasza całą uwagę i siły, albo nic nam się nie chce po pracy. Walentynki są dla mnie taką trochę motywacją, żeby pomyśleć nad czymś ciekawszym, postarać się bardziej. I niekoniecznie musi to być akurat tego 14 lutego, może być kiedy indziej.
 
Idąc dalej, chodźmy głębiej, aż do pokładów uczuć i okazywania emocji. Święto Zakochanych jest dniem, kiedy warto się zastanowić nad swoją Miłością i postarać się ją jak najpełniej okazać drugiej osobie. Internet, znajomi, sklepy, wszyscy wywierają na nas presję celebracji Miłości i związku. I można się wkurzać, można mówić, że to komercyjne gadanie, że Miłość nie jest na sprzedaż, że codziennie powinniśmy się kochać. A można też podejść do tego inaczej. Wykorzystać tą presję i potraktować ją poważnie. Nie jako coraz lepsze i droższe misie, serduszka i czekoladki, ale jako zatrzymanie się nad swoim związkiem, nad żoną czy mężem i zastanowienie się. Czy kocham Go wystarczająco mocno? Jak mam Go kochać bardziej? Co więcej mogę dla Niego zrobić, by bardziej czuł moją Miłość? Czy nie za mało się staram? Czy Go nie zaniedbuję? Czy próbuję pielęgnować nasz związek i rozbudzać w sobie Miłość? Czy może już mi się nie chce starać? Może warto sobie przypomnieć pierwsze wspólne chwile, zakochanie i motylki w brzuchu.
 
Oczywiście, trzeba się kochać codziennie. Tylko że ta codzienność czasem bywa trudna, nużąca, rutynowa. Walentynki warto potraktować po prostu jako powiew świeżości i nowego zapału do starania się, do kreatywności w związku. Nie jako jeden szczególny dzień, ale jako początek codziennych małych aktów Miłości. Nie chodzi mi o kino siedem dni w tygodniu czy wystawne kolacje we wszystkich restauracjach miasta (choć byłoby to ciekawe wyzwanie…), ale wzbudzenie intencji do wykonywania codziennych rzeczy, aby były robione bardziej świadomie, bardziej z sercem niż z obowiązku i przyzwyczajenia. Głupie (bo codzienne, szybkie, zwyczajne i mało istotne) robienie kanapek, które można zrobić automatycznie albo tak, jak lubi On (co nie zawsze jest równoznaczne). Mamy różne przyzwyczajenia i preferencje. Wiem, że niektórzy zwracają uwagę na to, żeby wędlina była kładziona na ser żółty, nie odwrotnie. Niby głupota, ale jeśli Twój mąż lub żona wolą tak, to zrób tę przyjemność. Ciebie to nic nie kosztuje i nie zajmuje więcej czasu, a może być małym wyrazem miłości. A może Twój małżonek woli soki konkretnej firmy, a Tobie jest wszystko jedno? Albo jakąś specjalnie robioną herbatę? Głupoty codzienności, które można przemienić w okazywanie miłości, pomimo braku czasu i ciągłego zabiegania.
walentynkimezatkireklama1
Walentynki mężatki – koszulka z naszego sklepu Mocem
 

Ja mam Walentynki codziennie. Prawie każdego dnia udaje się nam znaleźć czas tylko dla nas dwojga. Póki co nie jest to trudne, bo nie mamy dzieci i siłą rzeczy wieczory są tylko nasze. Kiedy gotujemy obiad (a raczej obiadokolację) robimy to razem. Codziennie sporo rozmawiamy. I okazujemy sobie dużo czułości. Kiedy czytam w jakiś poradnikach czy artykułach o tym, żeby pamiętać się przytulać, mówić „kocham Cię”, trzymać za rękę itd. dziwię się, jak można bez tego żyć. Dla nas zupełnie naturalne jest to, że nawet, kiedy każde z nas siedzi przy swoim komputerze i jest zajęte swoimi rzeczami, idąc do kuchni po herbatę przytulamy się, całujemy w przelocie, sięgając drugi kubek. Nie są to jakieś nieokiełznane napady namiętności początkowej fazy związku, ale zwykła czułość. Moje codzienne Święto Zakochanych to pamięć o tym, żeby kochać bardziej i mocniej się starać, ale też wszystkie miłe rzeczy, które robi dla mnie Mąż, a jest ich naprawdę wiele. Każda zrobiona herbata, podane kanapki, kupione „coś słodkiego”, wyręczenie mnie w obowiązkach domowych, które sobie zaplanowałam, szybki obiad na mieście, oglądany razem serial, długa rozmowa, lampka wina na dobranoc, czy snucie planów na przyszłość.

 
Jestem mężatką i mam Walentynki codziennie, bo każdego dnia czuję się kochana i zawsze mogę kochać bardziej.